Transcarpatia 2005 - LIRO Team – Diablo - moja relacja    powrót

zdjęcia

WSTĘPY

Kilka dni wcześniej jeszcze nie wiem do końca czy w ogóle pojadę, mam różne inne sprawy... W przeddzień wrzucam trochę koszulek, spodenek i skarpet, batonów energetycznych itd. do plastikowej skrzyni, pakuję to jak również mój nowo złożony rower (Trek Fuel maksymalnie węglowy) na samochód. Mój planowany partner Wigor robi w tym czasie maraton szosowy na 1000km, który ma się zakończyć w Ustrzykach Górnych mniej więcej 12 godzin przed startem Transcarpatii. Dla Wigora pakuję rower Scott Atacama na którym on chce jechać. Nie mam do tego przekonania bo to praktycznie szosówka, tylko ma flat bar i klockowane oponki. Wieczorem grzebię w internecie i wyszukuję noclegi na poszczególnych etapach.

Wyruszam w piątek rano. Do Warszawy idzie w miarę płynnie, potem już mniej. Radom-Przemyśl- w końcu pod wieczór jestem w Ustrzykach Dolnych na odprawie. Telefon do Wigora, już dojeżdża rowerem z Ustrzyk Górnych. W maratonie szosowym był drugi na 15 startujących z czasem ok. 41 godzin jazdy non stop. Sala pełna ludzi, trochę znajomych, trochę dużo gadania co to warto mieć przy sobie itp. Biorę mapę, identyfikatory, numery startowe. Przenosimy się do hotelu gdzie spotykam teamy One sekunda, Jedna Sekunda oraz Łukasz i Piotr, buzie znane mi już z wielu imprez, nasi późniejsi sąsiedzi z kwater na wielu etapach.

ETAP 1 Ustrzyki Dolne-Cisna (Pierwszy szok błotny, nieudany objazd, skurcz, guma)

W porannym słońcu tłumek kolarzy górskich gromadzi się na starcie, gorączkowe zdawanie bagaży... Jest ponad 150 teamów czyli ponad 300 osób. Podniecenie i okrzyki jak na starcie maratonu, głośne odliczanie, JEDZIEMY. Po kilkuset metrach już korek, trasa sugerowana ma przewężenie i prowadzi ostro w górę na stok. Postanawiamy objechać bokiem wspinając się na stok narciarski. Jest stromy, pierwsze śliskie błotko, krople potu zaczynają kapać spod kasku. W ten sposób windujemy się kilkaset metrów wyżej i niespodzianka, do chłopaka z kasownikiem na punkcie jest długa kolejka... cóż idziemy na tył... Podczas stania Wigor wymyśla objazd do PK2. Po skasowaniu numeru startowego jedziemy dalej grzbietem i tu pierwszy szok: BŁOTO. Nie błoto tylko BŁOTO. Jakby ktoś wylał pół metra osadu z oczyszczalni... Potem jest pierwszy zjazd, widzę że Wigor który jest przede mną nie jedzie swoim wariantem tylko z wszystkimi. Zjazd jest tak śliski że przypomina to trudne warunki zimowe. Żałuję że nie zmieniłem opon z Racing Ralph na Escape ale jest za późno. Po chwili przednie koło ucieka, walę się ostro na bok i klatę. Zwyczajowy bezdech kilka chwil, zawodnik za mną przystaje, odpowiadam że nic mi nie jest. Przejeżdżamy jakąś dolinę, potem jest las i długie paskudnie błotniste podejście. Nie pomyślałem o zabraniu kolców do butów... w połowie podejścia jest droga w poprzek której wprawdzie nie ma na mapie ale obiecuje dogodny objazd. Dostajemy się nią na grzbiet, pojawia się plan aby objechać całą trasę do PK2. Jedziemy, odcinkami pchamy przez błoto ale kreskowane ścieżki z mapy nie istnieją lub przebiegają zupełnie inaczej. Werbalnie dostaje się Compassom. Jesteśmy wsród malowniczych łąk i lasów ale nie tam gdzie trzeba. Forsujemy kilka razy spory strumyk, ostatecznie osiągamy wieś która pozwala na dokładne ustalenie położenia. Dalej po błotach, kałuże są 2 razy głębsze niż wyglądają a rośliny na poboczach to najczęściej pokrzywy lub osty. Dołącza do nas team „Walczący z biurkozą” który jechał po naszych śladach. Docieramy do PK2. Szacunkowo ponad godzina straty, znaleźliśmy się na szarym końcu. Następują takie błota że oblepione koła blokują i nie da się nawet jechać w dół. Potem jest więcej odkrytego terenu i bardziej przejezdnie, otwierający się krajobraz z Zalewem Solińskim każe niektórym teamom przystanąć i podziwiać. Ja staję aby usiąść i zjeść baton, mija trochę ludzi, m.in. team Silvera i Oli. Nie rusza mnie to, złote kalesony mnie nie interesują – mówię sobie. Potem grzejemy dalej, podjazd i łapie mnie silny skurcz w łydce. Po paru minutach ustępuje, ostrożnie siadam na rower i ruszamy dalej. Długie podjazdy, niektórzy już prowadzą... Za następnym PK zaczynają się szybkie i długie zjazdy po ostrych kamieniach i dziurach. Gdy jestesmy w dolinie Wigor sygnalizuje kapcia. Jest to snake. Łata dętkę podczas gdy ja dojeżdżam do mostu na rzece Wetlina, wchodzę w butach do rzeki z których odpływa część błota. Mija kilka teamów w tym Czesi, słyszę „Ahoj”. Ostatni odcinek szosowy za przesuniętym PK5 pokonujemy w szybkim tempie, wyprzedzamy trochę ludzi. Meta i koniec tego etapu który odebrałem jako długi i ciężki. W hotelu okazuje się że mam porządnie skrzywioną największą zębatkę w kasecie, prostowanie francuzem pomaga. Wywalam również Fizik Plato i wstawiam moje sprawdzone Ritchey WCS. Niestety otarcia w kroku już są. No i oczywiście wymieniam opony na Escape, że też przed startem nie chciało mi się tego zrobić...

ETAP 2 Cisna-Wisłok (Las, błoto, podejścia, zejścia, przeprawy, udany objazd)

Pogoda nadal ładna, słońce. Przed hotelem stoi wielki furgon, jak się okazuje należący do teamu polonijno-amerykańskiego z Kalifornii. Przez następne kilka etapów będziemy współpracować w sprawie przewozu bagaży i załatwiania kwater. W tym sensie wyrażam wdzięczność Panu Huetter który wszystko załatwiał. Już na starcie Wigor informuje mnie że ma flaka i musi łatać. Startujemy więc 10 minut później. Zaczyna się zwyczajowo od wspinania na stok narciarski. Dyskusja jest na temat, czy wznios stoku osiąga 45 stopni czy nie... Pot kapie... Potem dalsze podjazdy i interwały po leśnym grzbiecie, podejścia. Polar pokazuje wielosetmetrowe przewyższenia już po paru kilometrach od startu, fascynuję się obserwowaniem go. Bufet wcześnie, już na PK2. Za bufetem nadal trudny teren nie bardzo przejezdny, podejścia, zejscia, strumyki, przewrócone drzewa, ostre zjazdy na których ludzie kładli się jeden po drugim... potem droga tak rozjeżdżona ciężkimi maszynami leśnymi ze poruszanie się możliwe jest tylko jej obrzeżami... a na mapie wyglądała fajnie. Wigor wymyśla skrót asfaltem z PK4 do PK5, pojedziemy przez wieś Czystogarb i wg mapy drogą w górę po polu do PK5. Na PK4 proponuję zawodnikowi którego partner odpadł, aby przyłączył się do nas, co też czyni, doganiając nas zasapany na asfalcie. We wsi otrzymujemy informację że ta droga jest zaorana, ale z daleka macha do nas kobieta. Jej syn jest też bikerem i podjeżdża na górę inną trasą. Jest inaczej niż na mapie ale nawet lepiej. Droga prowadzi ze 100m w szerokim korycie strumyka, dla mieszkańców gór jest to normalne a dla mnie dość ekscytujące. Potem podjeżdżamy na górę i jest PK. Dalszy ciąg to szybka trasa do mety, z dominacją zjazdów. Na metę wjeżdżamy z doskonałych nastrojach głośno dyskutując że etap był za krótki ;)

ETAP 3 Wisłok-Krempna (asfalt, wstawka błotna i snake'i)

Na tym etapie było sporo możliwości objeżdżania sfaltem, co też skrzętnie wykorzystaliśmy. Na asfalcie raczej nie miałem problemu z trzymaniem tempa Wigora, inaczej niż na podjazdach, które ów wychudzony osobnik w przeciwieństwie do mnie (15kg nadwagi) robił szybko jak gazela i nie mógł się na mnie naczekać. Najpierw jednak po paru km od startu był zjazd po kamolach gdzie Wigor od razu złapał snake'a. Wiem że lubi swobodnie zjeżdżać ale wąskie szosowe obręcze zmuszały do ostrożności. Zużyłem mój zasób brzydkich słów aby uświadomić mu żeby zjeżdżał ostrożnie podczas gdy w czasie łatania przejeżdżały tłumy ludzi. Przerzuceni w ten sposób na koniec stawki dojechaliśmy do drugiego zjazdu, następnie był podjazd a raczej podejście po okropnym błocie do PK1. Na nim Wigor sygnalizuje że znowu ma flaka. Łatamy a tymczasem przechodzą najpowolniejsze tyły. Nie byłem tym zachwycony. Po zaliczeniu punktu nastąpił dłuższy asfalt do PK3, przed którym minąłem się z wracajacą Anią (z teamu Jarzynki-Beteer), kolor jej twarzyczki świadczył o dużym wysiłku podejmowanym przez nich. Wynagradzały to dobre zajmowane miejsca. Stwierdziłem że Wigor na odcinakch z dziurami i ostrymi kamieniami zwalnia, czyli dotarło do niego. Dobrze. Przecież i tak mnie dogoni na podjazdach. Moja maszyna natomiast umożliwiała nieograniczoną prędkość na zjazdach, w czasie całej imprezy nie złapałem ani jednej gumy. Na finiszowym asfalcie ścigamy sie jeszcze z jednym teamem i w Krempnej przejeżdżamy metę wymieszani.

ETAP 4 Krempna-Krynica Zdrój (deszcz i dość łatwe drogi)

Według mapy rysował się od startu objazd nowo budowaną trasą ale zabronił tego organizator. Od rana padał deszcz więc wzięłem koszulkę z długim rękawem a Wigor rurki na ręce. Trasa polegała na kiepskim asfalcie i dość łatwych drogach na których rozwijaliśmy niezłe tempo. Ogólnie wszystko grało, Wigor uważał gdzie należy i nie łapał gum, ja też specjalnie nie spowalniałem. Cały czas padało ale jaki to problem. Na jakimś rozjeździe stanęlismy aby przewinąć mapę, mówię Wigorowi „dobrze popatrz bo podobno wczoraj ktoś wczoraj jechał 140km”. Z boku od stojacego innego zawodnika rozległo się głuche „To myyy” :) Potem pamiętam szybkie długie zjazdy asfaltowe. Troche martwiłem się o Wigora bo chudy typ szybko marzł. Ale nic nie powiedział jak przystało na twardziela ;) Następnie mam kryzys i dokładnie wtedy Wigor oświadcza mi że będzie większy podjazd. „Lajcik” mówię tylko i przełączam na 1-1. Gdybym wiedział że ta góra nazywa się Piorun... Dalej są zjazdy po asfalcie, przed Krynicą robi się naprawdę stromo z zakrętami. Moje V-ki hamują trochę impulsowo ze względu na rozcentrowane koła ale daję radę. Wigor prawie nie wyrobił jednego zakrętu. Przejeżdżamy przez Krynicę i znajdujemy metę. Jest ponuro, deszczowo i chłodno a kolejka do mycia rowerów wywołuje niesmak. Załatwiam pokój w hotelu Wysoka i okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Właściciel sam jeździ na rowerze i usługuje nam jak może. Ponieważ chodzą słuchy że następny etap będzie ciężki, postanawiamy nawalić się kaloriami jak małe samochodziki. Tanio wprawdzie nie jest...

ETAP 5 Krynica-Krościenko (ciężkie oranie po szlakach pieszych, grubo ponad 2km przewyższenia)

Zaczyna się zwyczajowo od sporego podjazdu, tym razem na Jaworzynę. Radzę sobie nieźle i wyprzedzam na nim sporo ludzi, zachowując stały dystans do jadącego przodem Wigora. Polar wskazuje u góry ponad 600m przewyższenia. Przy PK na górnej stacji wyciągu stoi miejscowy biker i opowada o trudniejszych mozliwościach podjechania na tą górę ale jakoś mnie to nie interesuje. Poruszamy się dalej grzbietem z interwałami, przy czym na zjeździe zaczyna mi coś grzechotać z tyłu roweru. Nie mogę tego zlokalizować. Trasa jest w większości przejezdna, potem oddzielamy się od sugerowanej co wywołuje u mnie niepokój. Napomknąłem „oby nie było potem pionowo w dół” ale miało być dobrze. Na początku i owszem było, potem tak jak się obawiałem urwisko, kilkaset metrów w pionie schodzenia. Zachwycony przyznam nie byłem. Na dole początkowo w miarę przejezdna szutrówka, potem asfalt aż do PK3. Za nim zaczął się naprawdę długi najpierw podjazd, potem podchodzenie po kamienistych ścieżkach. Przewyższenie na tym podejściu wyniosło prawie 1000m. Potem jak zwykle interwały po grzbiecie, nieraz podchodzenie i obchodzenie przeszkód. Dłuższa błotnista droga ma nas doprowadzić szybciej do PK4 niż trasa sugerowana. W pewnym miejscu Wigor staje i pokazuje ścieżynę na górę. Mam złe przeczucie. Wspinamy się, ścieżka się gubi... mieliśmy wejść na przełęcz a tymczasem Wigor zjeżdża ze stoku w tym samym kierunku w jakim weszliśmy. Jadę za nim choć wiem że coś spieprzył. Dojeżdżamy do jakiejś chaty, kręci się kilka zdezorientowanych teamów, nikt nic nie wie. Wracamy, znowu wdrapujemy sie na stok. Okazuje się że punkt jest na dole, ponowne wspinanie było częściowo niepotrzebne. Mija m.in. Slasz (One sekunda) nad którym dotąd mieliśmy sporą przewagę. Nadzieje na dobrą lokatę i mój bojowy nastrój pryskają, złote kalesony jednak nie będą nasze. Odtąd poruszam się raczej spokojnie, na zasadzie „czy ja tu jestem po to aby się zakatować?” Niestety etap 5 nadal ma co nieco w zanadrzu, po asfaltowym zjeździe musimy pokonać kolejną górę a potem za dużą przełęczą... następną z bardzo stromym podejściem. Na 5 punkcie, na szczycie tej góry są wesołe dziewczyny a ja jestem obojętny i milczący. Za dużo tego. Kawałek poziomej ścieżki i kałuża wypełniona brązową cuchnącą mazią. Nie wiem jak, ale nagle leżę w niej. Nawet nie chce mi się kląć. Zaczynają się zjazdy, szybkie i nieskończenie długie. Obolałymi rękami zmuszam się do silnego trzymania kierownicy, w każdej chwili można się potężnie wywalić na niezliczonych nierównościach. Wreszcie jesteśmy w Krościenku, przejazd przez most i meta. Jestem trochę za bardzo zmęczony żeby się cieszyć... Gdy tak siedzimy ma ławce i nie wiemy co z sobą zrobić (do bagaży nas nie dopuszczają z powodu brudnych butów, groteska) podchodzi Robert z temau BeTeer, okazuje się że Ania zósemkowała koło, tym samym ambitna parka wypada z klasyfikacji. Oprócz współczucia nie mogę jednak nic zaoferować.

ETAP 6 Krościenko-Rabka (dalszy ciąg orania, zdobywanie wszelkich wierchów)

Przed startem biorę tabletkę bo boli mnie ząb. Zaczyna się zwyczajowo od podjazdu na większą górę, wlokę się otumaniony chyba tą tabletką. Wyprzedzają mnie dziesiątki ludzi. Wigor co jakiś czas przystaje i czeka. Góra nazywa się Lubań. Potem jak zwykle po grzbiecie, trochę podziwiam widoki które stają się coraz bardziej wysokogórskie. Aby opisać dalszy przebieg zacytuję Wigora:

„z lubania ostre zejscie na dol ciagle czerwonym, naprzemian jazda z podchodzeniem i PK2, na pk2 rozwidlenie szlakow zielonegi i czerwonego a my dalej jedziemy czerwonym, po drodze znowu kilka podejsc i pk3 na przeleczy Knurowskiej
Dalej szlakiem czerwonym (nawet rowerowym) i po kilku km strasznie rozmyta droga ze stromym podejsciem, nastepnie bardzo strome podejscie na masyw Kiczory i Pk4 przy schronisku na Turbaczu, z Turbacza zjazd szlakiem rowerowym i dalej czerwonym po bardzo rozjezdzonej drodze z duza iloscia blota, przy schronisku Stare Wierchy skret w prawo dlaej czerwonym juz po lepszej szutrowej drodze, praktycznie calkowicie przejezdnej, pk 5 przy schronisku Na Maciejowej i zjazd do rabki zdrój, przy pierwszych zabudowaniach meta”

Sucho i na temat (tego co było bardzo mokre od potu i błota). Dodam że na „szlaku rowerowym” za Turbaczem było mniej więcej tyle błota co wcześniej w Bieszczadach... Mnie to już raczej nie ruszało, po prostu kręciłem sobie jak mogłem a jeśli nie mogłem, to szedłem :)

ETAP 7 Rabka-Zakopane (szybka szosa na zakończenie i ze dwie góry)

Zaczęło się od przejazdu za samochodem z Rabki do Raby Wyżnej, gdzie przed podjazdem na Harkabuz odbył się start ostry. Tym razem nie wiem czemu biorę rano 2 tabletki na ząb i jestem podwójnie otumaniony. Podjazd robię powolutku, inaczej niż przed dwoma tygodniami na Danielkach. U góry na idyllicznej łączce PK1 i Wigor łapie kapcia. Okazuje się że w trawie jest deska nabita gwoździami, a wybitny indywidualista chciał pojechać trochę boczkiem. Jakoś sytuacja ta nie psuje mojego dobrego nastroju. Jestem tylko zdziwiony ile ludzi było jeszcze za nami bo mijają i mijają. Założona dętka okazuje się nieszczelna, trzeba łatać. Gdy wszystko jest gotowe wpadamy na asfalt i grzejemy. Są ostre zjazdy czego nie lubią moje totalnie starte obręcze (były już starte przed imprezą czym zapomniałem się zająć). Jedziemy bardzo szybko bo z wiatrem. Na bufecie prawie nie stajemy, tylko ja wypijam 2 kubki, Wigor ponagla. Potem wiatr jest boczny a następnie robi się nieciekawie. Następny PK i zjazd na drogę polną. W lesie ścieżki krzyżują się ze strumykami i jest lekkie zamieszanie ale kierujemy się we właściwym kierunku. Podjazd do wioski i znowu asfalt, lecz pod wiatr. Tak jak wielu innych wybieramy asfaltowy objazd aby dostać się na górę Ostrzysz, kolejny PK. Zjazd z góry z obawą o dźwięczące obręcze które chyba są już cieńsze niż żyletki. Długim ale niezbyt stromym podjazdem podążamy w kierunku szczytu Gubałówki. Dosyć obcesowo, blisko i z dużą prędkością wyprzedza mnie samochód, Nissan pickup ;) Chyba zaaferowany wypadkiem jaki miał ktoś na finalnym zjeździe. Kawałek przed górną stacją wyciągu przed kioskiem siedzi zawodnik z pełną butelką powera. Chętnie mi daje. Piję łapczywie podczas gdy Wigor popędza, wie jako nasz nawigator, że do mety tuż tuż. Przed zjazdem opuszczam sobie siodełko i jest dużo lepiej. Gdyby nie rowy dałbym pełną rurę ale niestety trzeba hamować. Kilkaset metrów przed metą Wigor staje, złapał gumę. Podjeżdżam do bramki i czekam aż dobiegnie. Przekraczamy metę, ramiona wystrzeliwują mi w górę. Nastrój nie udziela się Wigorowi który natychmiast idzie na tyły bacówki i bierze się za łatanie dętki. Cały on :) Cóż, zrobiliśmy to. Czuję się dobrze, bardzo dobrze, doskonale!

PODSUMOWANIE

A Sprzęt

Z perspektywy widzę że do tak ciężkiej imprezy trzeba się przygotować. Wprawdzie mój sprzęt spisał się dobrze, serwis ograniczał się do okresowego naciągania hamulców, smarowania łańcucha i oczywiście uwalniania roweru od kilogramów błota po każdym etapie. Oryginalne klocki w SRAM9 przetrwały bez problemu zarówno u mnie jak i u Wigora. Scott Wigora również nie wymagał prawie zadnego serwisu, często tylko łapał kapcie ale to inny temat. Mieliśmy jednak problem zbyt małej ilości batonów i napojów energetycznych oraz żeli, których wziąłem po prostu dobrą garść. Również olej do łańcucha szybko się skończył. Doskwierał mi brak kolców w butach, nie pomyslałem o tym szczególe. A żeby cokolwiek zdokumentować potrzebny jest wodoszczelny aparat. Zdjęcia byłyby naprawdę mocne...

B Wrażenia

Na jednym z trudniejszych etapów, jadąc kamienistą ścieżką po grzbiecie, z majestatyczną panoramą gór wokół, doznałem prawie uniesienia. TO JEST KOLARSTWO GÓRSKIE – zakołatała myśl. W czystej formie, stuprocentowo i bezlitośnie twardo. Było pięknie.

Marek Szymelis, 31.08.2005

 

P.S. następnie odwożę Wigora taksówką na dworzec PKP, bo przecież musi zdążyć na maraton w Gorzowie na 480km :)