Relacja z bikemaratonu Puck 5.07.03 diablo...powrót

 

 

     Jest po dziesiątej kiedy wjeżdżam na wąskie uliczki puckiej starówki. Tym razem jadę z Wigorem z Lęborka. Tłok, wszystko zapchane samochodami i szykującymi się bikerami. Na rynku duża trybuna i inne atrakcje. Szykuje się niezła impreza! Poszukiwanie miejsca parkingowego początkowo daremne, telefonuję z Agą, podobno tam gdzie stoją miejsce jest. Faktycznie kawałek dalej udaje mi się zaparkować. Wyciągamy z Wigorem rowery. Podjeżdża Aga i Madziak. Patrzę na opony Agi, widzę że ma swoje łyse FastFredki 2.0 a nie Explorery Supersonic które jej pożyczyłem. Ponoć te są szybsze. Tak to jest jak kobieta zaczyna za dużo myśleć hehe. Poza tym nastrój jakiś kwaśny. Na rynku jest Kosa, Jarek, Łukasz czyli doborowe towarzystwo tylko nieco nadwyrężone po niedawnych przejściach. Cały rynek jest otoczony wężem zawodników ustawionych na starcie. Wcześniej zostawiłem aparat fotograficzny w samochodzie ale wracam po niego, jednak pojedzie ze mną. Objeżdżam starówkę żeby dostać się do tego węża z boku i udaje się. 

Podchodzi do mnie Sławek Szymków (Slasz), chwilę rozmawiamy o zgubieniu trasy w Gdyni itp. Robię parę zdjęć. Po chwili narastające podniecenie, START.

     Tłum rusza przez ulice Pucka, potem gładkim asfaltem przez pola. Tempo jest wysokie, dochodzi do 40-42km/h. Wyprzedzam trochę ludzi, kilku innych z kolei mnie. 

Po paru kilometrach wjeżdżamy do Darżlubia i skręcamy w prawo na drogę gruntową. Nią osiągamy po chwili z powrotem asfalt w Mechowie. Przede mną widzę Agę. Chwilę jedziemy obok siebie, narzeka na słabą kondycję. Pytam ją czy już żałuje wyboru opon. Przed końcem asfaltu oddalam się od niej wyrywając do przodu. Na błotnisto-piaszczystej drodze wśród łąk wyprzedzam kilka osób i wpadam w las. Na razie utrzymuję dość pokaźny puls, ok. 185 więc tempo mam niezłe. Zaczynają się głębokie koleiny ze słynnym błotem. 

Moje Fast Fredy 2.35 są niezbyt na te warunki, zero trzymania bocznego, koła ślizgają się na wszystkie strony jak na lodzie. Trzeba maksymalnie balansować i uważać na jadących z przodu którzy potrafią się nagle zatrzymać. Na chwilę zapominam o rozsądku i przecinam głęboką kałużę. Przypłacam to chrzęszczącym napędem przez kilka następnych kilometrów. Przejeżdżamy przez obóz harcerski nad jeziorem, jest pierwszy bufet. W moim odczuciu za wcześnie. Łapię w locie powerada i po przecięciu asfaltu wyrzucam do połowy opróżnionego, bo zaczynają się podjazdy. Na ścieżce wyprzedza mnie Wigor, wymieniamy parę słów, jest pełen werwy. Ostrzegam go żeby oszczędzał siły bo zaraz będzie stromo. I rzeczywiście, stroma górka gdzie wszyscy idą pieszo, dokręcam ile się da i Wigor jest znowu za mną. Potem mały zjazd między gałęziami, podjazd po marnym bruku aż wyjeżdżamy z lasu. Błotnista droga przez pola, kawałeczek asfaltu w Lubocinie 

i znowu rozjeżdżone polne i leśne gruntówki, słowem piach, błoto i woda. Koło Sobieńczyc przecinamy asfalt i następuje zjazd po betonowych płytach i szutrze. A więc jednak zahaczamy o dolinę jeziora Żarnowieckiego, jedyne większe zafałdowanie w okolicy. I słusznie, szkoda że tylko do połowy stoku. Zaraz po zjeździe jest podjazd, koło mnie ok. 5 ludzi. Wyciągam aparat i robię parę zdjęć, przy czym ludzie wyprzedzają mnie. 

Po schowaniu aparatu przyśpieszam i odzyskuję moją pozycję. Następuje kolejny zdazd po szutrze, ostrzejszy niż poprzedni, nawet całkiem szybki ale niegroźny. Fajnie. Po chwili jesteśmy w Żarnowcu, mijamy klasztor i za nim osiągamy drugi bufet. Łapię powera po czym następuje piaszczysty odcinek drogi polnej, znowu mija mnie Wigor ale utyka kawałek dalej z kimś jeszcze w głębszym piachu. W tym momencie wykorzystuję moją szerokość opon i wyprzedzam ich. Droga wiedzie w kierunku morza, jest mocno dziurawa, trochę piachu, błota, trzeba lawirować szukając szybszego paska ale to daremne. Nieprzyjemnie się po tym jedzie, mimo to jestem w miarę szybki (ok. 30 przy pulsie ponad 180). Niedaleko przed morzem skręcamy 90 stopni w lewo, są płyty betonowe bardzo nierówne, potem gruntówka. Przy mnie kilku zawodników, mijamy się co jakiś czas nawzajem przy dość szybkim tempie. Objeżdżamy wielkie kałuże, następnie przed Białogórą wypadamy z lasu wprost naprzeciw wiatrowi który mnie trochę wyhamowuje. Piaszczysta droga prowadzi prosto na plażę. 

A więc jednak! Przez wydmę trzeba przejść pieszo, potem drewniane schodki, nie zdążam odblokować amora i twardo spadam z jednego na drugi co nie pozwala wpiąć się w pedały. Ani się obejrzałem i robię małego fikołka na piach. Wstaję ze śmiechem, chwytam rower i biegnę do brzegu. Jeszcze robię zdjęcie 

(jak się potem okazuje ostatnie bo obiektyw aparatu się zatarł od piachu) i ruszam ostro, obmywany przez fale.  Dzięki szerokim oponom radzę sobie nadzwyczaj dobrze a nawet poczułem w sobie bojowego Gryfa Pomorskiego. Przy pulsie ok. 188 zasuwam w tempie ponad 20 spadającym na 16-17 gdy otacza mnie woda lub piach jest zbyt miękki. Mijam jednego, drugiego... przestaję liczyć. Jest ich ze 20-stu. Po jakichś 6-7 kilometrach takiej jazdy, przed rzeczką wpadającą do morza zawodnicy przede mną schodzą z plaży, wprawdzie nie widać oznaczeń ale wnioskuję że tak idzie trasa. Trzeba ze 100m przejść przez piachy. Z powrotem na rower, za mostkiem obsługa pokazuje w lewo, w kierunku morza. Znów na plażę?- pytam, przytakują z uśmiechem szelmy. Jednak trasa nie schodzi na plażę, lawiruje wśród drzew. Na następnych kilometrach nie jestem zbyt szybki, wyprzedza mnie z 10 osób, tych z plaży. Skręcamy w kierunku południowym, utworzył się łańcuszek ze 6 osób w którym się trzymam. Jadę drugi między dwoma wielkimi kałużami, nagle człowiek przede mną hamuje. Nie hamuj- wołam. Sam jakoś przystaję, ale widzę kątem oka że gość jadący za mną robi klasyczne OTB. Wpada na niego dwóch kolejnych. Jedziemy dalej. Moje spodenki są całe w efektowne jasnożółte łatki z piasku plażowego a koszulka w czarne kropki. Kawałek lasu, znowu pola, większa wieś, chyba było to Sławoszyno. Następnie znowu drogi gruntowe dość miękkie. Co chwilę mijam tyłowych zawodników z krótkiej pętli, jadących w czyściutkich wdziankach i w tempie niewiele różniącym się od pieszego. Bardzo fajnie że schodzą sprawnie na bok. Ponieważ bufetu nie widać, zatrzymuję się i połykam żela zapijając wodą. Po nim zamiast odzyskać siły robi mi się dziwnie błogo i zaczynam jechać wolno, jakby odpoczywać. Puls spada do ok. 170 i mniej a łańcuszek w którym jechałem znika z przodu. Trwało to kilka kilometrów po czym moje tempo wzrasta. Na małym podjeździe pytam kogoś jak długa jest trasa, odpowiada pewnym tonem że 80km. Na liczniku widzę już 70 więc myślę że to już końcówka. Docieramy do Starzyna i zaczynam wątpić w jego wypowiedź. Za Starzynem droga na lekkim podjeździe wchodzi w las, jest okropne błoto 

w którym niektórzy utykają. Czuję zmęczenie, pocieszam się że zaraz musi być zjazd. I rzeczywiście, jest zjazd dość łagodny i bardzo rekreacyjny. Trasa dochodzi do czarnego szlaku i zaczynają się największe błota, które pokonywaliśmy już w przeciwnym kierunku w pierwszej części trasy. Tym razem ludzie są zmęczeni, często przystają a nawet zaczynają iść pieszo w rezygnacji. Wyciągam aparat żeby to uwiecznić ale obiektyw nie wyjeżdża, przyblokowany piachem. Za błotami leśna szutrówka, zjazd do drogi prostopadłej i na drzewie strzałka w prawo do Mechowa. Patrzę jeszcze raz na strzałkę, jednak pokazuje w lewo. Dziwne. Zrobili jeszcze pętlę w lesie- myślę. Na drodze widać ślady rowerów ale jakoś mało. Po dobrym kilometrze kiedy nie widzę oznaczeń, zaczynam mieć poważne wątpliwości. Oglądam się, za mną jadą inni. Stoją robotnicy leśni, na pytanie odpowiadają że trasa jest nie tu, pokazują z powrotem. Odwracamy się i wśród urywanych przekleństw zasuwamy w odwrotnym kierunku. Mijamy z 10 albo więcej ludzi również zmylonych strzałką. Gość z wąsem pyta dlaczego jedziemy z powrotem, próbuję wyjaśnić w locie. Po chwili wypadam z lasu, na jego skraju drogą idzie 3 osobników być może odpowiedzialnych za odwrócenie strzałki. Z drogi- wołam. Na to on rzuca jakąś głupawą uwagę. Zaczyna porządnie lać. Z obawy o los aparatu znajdującego się w kieszeni koszulki, zatrzymuję się i wsadzam go do trójkątnej torebki w ramie. Za Mechowem znowu skręcam na gruntówkę, przede mną ludzie taplaja się w błocie. Nagle dość agresywnie wyprzedza mnie Wigor i rwie do przodu. Podejmuję wyzwanie ale jest szybki. Na błotnistym podjeździe daje takiego speeda że aż się dziwię. Do Pucka zdążę go dorwać- myślę. Powoli zbliżam się do niego na asfalcie, przejeżdżamy przez Darżlubie. Przy jego końcu nieoczekiwanie skręt w prawo na bruk, po 50m nagle meta. Całkowite zaskoczenie. Pada deszcz, nie ma wody, niedługo będzie nam zimno, więc Wigor ponagla abyśmy wyruszyli do Pucka. Na asfalcie rozkręcamy się i mijanym bikerom oferujemy ściganie się, jednak nie są zainteresowani hehe. Na skraju Pucka zawijamy do lokalu przy stacji rafinerii, gdzie lądują parówki z serem i kiełbasa na stole. Apetyt i humor dopisuje. Potem jedziemy na rynek i Wigor gdzieś znika a ja jadę do samochodu się rozgrzać. Spotykam ludzi, Łukasz skarży się na organizatorów za odcinek plażowy, szkoda mu sprzętu. Potem pojawia się Aga która przejechała długi na swoich oponkach (podziw), jest Kosa który jechał z Agą, jest Jarek który jechał na krótki bo jest po kontuzji, jest Peter. Przejeżdżamy jeszcze na rynek i przesiadujemy tam. Są ciekawe pokazy trialowców, jak oni wskakują na taką stertę palet? Po jakimś czasie jest dekoracja, Aga >łapie się< na 3. miejsce mimo słabej formy, w open i w swojej klasie. 2 puchary i 2 opony Maxxisa, jedna kevlar i 1 drut :) oraz różne drobiazgi.

 

Mój licznik:

dystans 100,09km

czas jazdy 4:35

prędkość śr. 21,46

v max. 49,78

puls śr. 177