|
Bikemaraton Przesieka
2003...powrót Już kilka tygodni od ostatniego maratonu, tygodni włóczenia się i takiego sobie marudzenia. Aż przyszedł dzień i przyszła godzina. Na plac przed rezydencją mojej firmy zajeżdża lśniąca czarna bryka... Aga i Świr. Bez pośpiechu montujemy rowery w busie, przenosimy skrzynie z wyposażeniem. Nagły SMS od Wigora. Na trasie swoich wojaży utknął gdzieś w Górach Sowich, po drodze mamy go stamtąd zabrać. Głównym tematem jest możliwość zaliczenia Danielek następnego dnia (ponad 400km od Przesieki). Wyruszamy
na trasę w stronę Słupska, wita nas oberwanie chmury. Na dłuższym odcinku
mimo pracujących wycieraczek niewiele widać przez potoki wody zalewające szybę.
Szczecinek, Poznań, we Wrocławiu jest już ciemno. Za Dzierżoniowem przy
drodze czeka uśmiechnięty Wigor. Okazuje się że przejechał w ciągu doby
jakieś 470km ze Szczecina (rowerem ma się rozumieć) po czym rozbił namiot i
zrobił sobie totalnie wolne... Koło Przesieki szukamy jeszcze chwilę
pensjonatu po czym jesteśmy tam o 2 w nocy. Jego standard, no cóż, odbiegał
od zdjęć w internecie. Mimo to dało się zasnąć na wysłużonych wyrach. Wstajemy
ok. 9. Zabieramy nasze rzeczy z tego przybytku i udajemy się do Przesieki na
start. Na śniadanie nie ma już czasu, zjadamy po kilka bananów. Pełny
parking i mnóstwo bikerów wszędzie, okazuje się że Świr ma jeszcze do
przeprowadzenia prace przy rowerze Agi i swoim. Hmm trochę późno na to. Jadę
do stoiska żeby zaopatrzyć nas w żele, znajduję inne, jakieś w tubkach jak
pasta do zębów, za to tanie. Robi się naprawdę późno. 15min przed startem
znajduję czas na odwiedzenie toalety gdzie już od jakiegoś czasu nikt nie
spuszczał wody... Świr i Aga giną gdzieś z oczu, Wigor woła mnie,
ustawiamy się pod bramą startową. Rozglądam się, koło mnie stoi zawodnik z
nietypowo wyglądającymi oponami Innovader więc go wypytuję. Chwali. Okazuje
się że to jeden z czołowych ludzi z M3, J. Wsół. Przede mną rower tzw. ful
wypas, crossmaxy/xtr. Czekamy kilka minut aż następuje START. Asfaltowy
zjazd, chwilami dość szybko, rower przy rowerze, nerwowi, podjarani zawodnicy.
Czekam na pierwsze gleby... bach jeden leży, omijam go. Potem kątem oka widzę
jak ktoś wywija fikołka przy poboczu, przy sporej prędkości. Nie oglądam się,
skoncentrowany na tych przede mną. U dołu zjazdu głośny wystrzał dętki,
pechowy zawodnik zjeżdża w bok. Następuje podjazd po asfalcie, ogarnia mnie
totalna słabość. Mimo sporego pulsu cały peleton wyprzedza mnie jak leci. To
nie będzie mój dzień – myślę. Po zrobieniu pętli przez wieś przejeżdżamy
jeszcze raz prze pole startowe po czym zaczyna się właściwa trasa. Hmm trochę
terenu, asfalt, podjazd przez las aż do szerokiego asfaltu. Czuję się jakiś
słabiutki i przez chwilę myślę o zrobieniu tylko 1 pętli, nawet jestem
zdecydowany... Dopiero po jakichś 12km mój organizm zaczyna się budzić. Na
asfaltowym podjeździe jest 1. bufet, człowiek z kamerą pyta jak podoba mi się
trasa na co ja że jest za dużo asfaltu, powtarzam to jeszcze raz. Biorę tylko
powera i ruszam dalej. Na końcu tego podjazdu trasa skręca w prawo na wąski
asfalt w dół gdzie aby wyprzedzić jednego, rozpędzam się na maksa. Na dole
stoi mnóstwo ludzi na zakręcie którzy wyciągają dłonie pokazując mi stop.
Widzę że asfalt jest tam zasypany jakimś żużlem więc hamuję, wchodzę w
zakręt wolno ale i tak następuje gleba, na rękawiczkę i bok. Szybko się
podnoszę, ktoś podaje mi butelkę powera która wypadła, ruszam dalej. Przyśpieszam
i nadrabiam stratę omijając kilku ludzi. Nie ma jak trochę adrenaliny...
Asfaltowy podjazd trochę nie chce się skończyć, męczy psychicznie. W końcu
idzie w dół i można odpocząć. Ale nie na długo bo droga przechodzi w stromą
kamienistą gruntówkę, wymagającą uwagi. Chwilami robi się na tyle stromo
że jadący przede mną mocno używają klamek. Czuję się trochę
przyblokowany, udaje mi się kilku ominąć. U dołu zjazdu kilku wymienia dętki.
Dalej lasem, widzę drugi bufet który omijam, chyba w ogóle pierwszy raz na
maratonach. W czasie jazdy wciągam żela ze śmisznej tubki i popijam powerem.
Leśna droga przechodzi w podjazd, Przerzucam przez cały tryb i nagle szczęk,
łańcuch tkwi między trybem i szprychami. Zdziwienie, czegoś takiego jeszcze
nie miałem. Chyba coś się rozregulowało w czasie upadku. Medytuję nad tym
łańcuchem ładnych parę minut bo zaklinował się nieźle, w tym czasie
wyprzedza mnie ze 20 ludzi. Ruszam dalej i wstępuje we mnie jakaś zdwojona
energia. Jest ok. 35 kilometra, niezbyt ostry podjazd leśną drogą. Zaczynam
tak kręcić że połykam po kolei wszystkich przede mną jak leci i to bez wysiłku.
Czyżby działanie żela z tubki? Ktoś pyta czy jadę na 2 pętle. Odwracam się,
Stachu z Poznania. No jasne! Dalsza trasa przebiega bardziej interwałowo, kawałek
asfaltowego zjazdu, las, mostek z pni na zakręcie, asfalt, dziwna łąka po której
jechało się strasznie ciężko mimo raczej poziomego terenu, techniczny podjaździk
skalno-korzenny nad rzeką... znowu na asfalt w Przesiece. Z asfaltu chwilowo na
wznoszącą się łąkę, najeżdżam dość głupio na rowek i wywijam małe
OTB ku uciesze stojącego metr dalej operatora kamery. Czuję jak kiera odciska
mi się na wiadomych narządach. Ból. Masz swój film – mówię do kamerzysty
który nie przestaje filmować. Jestem ma się rozumieć zły, podprowadzam
rower przez łąkę do następnego asfaltu, po czym zapominam o upadku gdy widzę
jaki jest stromy. No cóż, kręcę mozolnie pod górę, po chwili jest teren
startu i rozdział meta-druga pętla. Mechanicznie kieruję się na pętlę,
trzeba to już odbębnić. Następują
znane już podjazdy z przewagą asfaltu, kręcę twardo. Na bufecie spotykam Świra. Jak tam? – pyta. Lipa – odpowiadam myśląc o początkowych trudnościach.
Nie ma powera, wciągam żel z tubki i popijam wodą. Dalej na wąski asfalt.
Paru ludzi odpoczywa zrywając dzikie maliny. To lepsze niż bufet – słyszę.
Na końcu podjazdu z wysiłku jest mi źle... Orzeźwiający zjazd w samą porę,
potem ostrzej w dół po kamieniach. Puszczam klamki, rower chwilami skacze jak
dziki rumak przy prędkości rzędu 50. Chwila ożywienia wśród tej asfaltowej
monotonii. Następny bufet, powera nima. Tradycyjnie tubka żela i woda. W lesie
za mostkiem stromy podjazd, zgrzyt i drugi raz dzieje się, łańcuch pod
trybem. Tym razem wyplątanie idzie szybciej (rutyna) choć kilku mnie
wyprzedza. Od jakiegoś czasu widzę mniej więcej tych samych ludzi (np. dobrze
rozpoznawalny niebieski Volvo). Na 3. bufecie jest power, biorę go sobie do
kieszeni. Następują znajome już odcinki: asfalt, las, asfalt, łąka, mały
techniczny podjazd... interesuje mnie głównie meta z tego wszystkiego. Dojeżdżam
do miejsca gdzie upadłem przed kamerą na jajka i widzę u góry na końcu
trawiastej łąki Agę. Jest kogo ścigać. Tym razem ostrożnie, mijam rowek i
podjeżdżam łąkę, patrzę na stromy asfalt, Agi nie ma. Nieźle daje – myślę.
Męczę pod górę, jakiś przyglądający się facet pyta za jakie grzechy to
robię. No właśnie – odpowiadam. To samo przed chwilą sam się pytałem.
Przy wyjeździe na główną drogę dostrzegam Agę i czekającego na nią Świra. Piją po łyku i ruszają gdy dochodzę do nich. Trzymam się z tyłu
po czym 200m przed metą wyrywam. Świru goni mnie, ale niemrawo coś. Dojeżdżam
przed nimi. Moje dane z licznika: dystans 78,37km czas jazdy 4h17min prędk.śr. 18,26km/h prędk.maks. 53,24km/h puls śr. 173
diablo
|