Diablo - moja relacja z maratonu G&G Polanica 2003...powrót

 

Ranek 14 czerwca 2003, doskonała pogoda, sprzed naszej kwatery widok na całą zieloną dolinę w której położona jest piękna Polanica. Robimy śniadanie na stoliku przed domem, z naszego „teamu” jest Aga, Madziak, Wigor który dzwoni że właśnie przyjechał pociągiem. Za chwilę jest przy nas. W tym samym domu kwaterują również chłopaki z Warszawy oraz Stachu z kolegą z Zielonej Góry. Ci ostatni dołączają do nas przy śniadaniu. Potem zbieramy się, przejeżdżamy na start. Typowy gwar, parę stoisk handlarzy odżywkami, ciuchami i częściami. Z rejestracją tym razem nie ma problemu, zajmuje to parę minut. Na godzinę przed startem zawodnicy już ustawiają się za linią. Na razie ustawiamy tam nasze rowery, gdy tłum gęstnieje przedostajemy się do nich. Moją uwagę zwraca rowerowa dziewczyna z niezłym biustem twarzą wyrażającą jakby zażenowanie, to znów wypasiony sprzęt jakiegoś zawodnika. Wielu znajomych tutaj nie ma. Stoję przy Madziaku i Adze jakieś 10m za linią, bez porównania lepiej niż w Janowicach. W końcu 11-sta, punktualnie sygnał startu i hałas z głośników mający chyba zmusić ludzi do szybszego opuszczenia tego miejsca.

Zasuwam w tłumie przez deptak i uliczki Polanicy, potem trasa idzie pod górę, pierwsze podjazdy. Na razie wytrzymuję tempo, trochę wyprzedzam. Po wjeździe do lasu beka :) wszyscy złażą z rowerów i idą chociaż nie jest zbyt stromo. I tak jeszcze parę razy na następnym kilometrze. Potem jest mały zjazd w dolinkę, początkowo blokuje mnie pełen zahamowań koleś w koszulce WD40, następnie szybkim szutrem z wirażem w połowie, przez most i początek długiego podjazdu. Szutrowa kamienista droga pnie się nieustępliwie pod górę, a na niej sznureczek bikerów w rozciągniętych grupkach. Moje tempo trochę spada, co chwilę ktoś mnie wyprzedza, niektórzy ostro. Co do nich zastanawiam się jak długo utrzymają takie tempo. Bo podjazd ani myśli się skończyć. Jadącemu przede mną ucieka z sykiem powietrze. Aha, jednego konkurenta mniej. Co kilkaset metrów widzę kogoś stojącego z kłopotami, głównie kapcie. Droga jest niezbyt przyjemna, utrudniają wszechobecne kamienie. Na lekkim zjeździe z boku miga mi Madziak wymieniający dętkę, a więc trafiło go. W końcu bufet, blond aniołek rozdaje powerady, łapię jednego. Kolo stojący za mną też bierze butelkę - „i jeszcze niebieskiego do kieszeni” - woła. Aniołek jest nader uczynny. Od razu ruszam dalej, powera wypijam szybko w czasie zwolnionej jazdy. Robi mi się bardziej rześko. Dojeżdżam wraz z innymi do wielkiej kałuży gdzie człowiek z kamerą agituje do frontalnego ataku. Obchodzę ją jednak bokiem, podczas gdy zawodnik jadący za mną wali przez środek. Dalej stoi jeden z aparatem i jakoś tak próbuje fotnąć mnie od dołu. W końcu zjazd, dość szybki i wymagający uwagi. Tutaj wytrzaskam każdego. Kombinacja Skareba i balonowego Fast Freda 2.35 jest super na te warunki, paru gości zostaje w tyle. W końcu jestem w dolinie wraz z całym niebieskim teamem „Volvo” i innymi ludźmi i ścigamy się po asfalcie z prędkościami od 30 wzwyż. Z lekkim niepokojem patrzę na mój puls który waha się w granicach 170-180 czyli nie odpocznę zbytnio przed niechybnie oczekującym nas podjazdem. Jednak delektuję się szybką jazdą i niskimi oporami mojego roweru, bo i tak macham pedałami jakby mniej niż inni. 

Ostatecznie droga skręca na wąski asfalt pod górę. „To największy podjazd” - rozlega się. Nic, kręcimy. Stopniowo schodzę na najniższe przełożenie (czyli 2-1 bo małego blatu nie mam), droga pnie się bezustannie w górę że aż nudno. W końcu przed lasem robi się tak stromo że wszyscy schodzą z rowerów. Czynię to samo, idę z 50m i wsiadam na rower. W łydkach na chwilę przedsmak skurczu, ale przechodzi.  Za drzewami znowu łąka i dom bez szyb w oknach choć zamieszkały. Trasa wchodzi do lasu i znowu jest stromo. Kolega przede mną staje, ja też. Ze 30m z buta. Potem dalej pod górę, a jakże. Pojawia się premia Maxxisa i bufet. Wciągam w ruchu drugiego powera  (przy sobie nie mam żadnego picia) i jazda. Wokół jest jakby spokojniej.

Podziwiam widoki roztaczające się z prawej od drogi gdy zaczyna się robić zjazdowo. I mocno kamieniście w dodatku. Prędkość wzrasta, zaciskam tylko ręce na kierownicy a klamek na razie nie ruszam. Wyprzedzam mnóstwo ludzi którzy jakby nie wiedzą jak jechać po czymś takim. W końcu zasuwam jak oszalały używając klamek tylko symbolicznie. Wibracje są takie że z mojego gardła wydobywa się na moment jakiś jęk, myślę tylko o tym by nie zwolnić uścisku rąk.  Co jakiś czas robię nawet mały skok nad największymi kamolami. Wyprzedziłem cały tabun ludzi ale na dole jestem bardziej oszołomiony niż zadowolony. W nogach czuję jakieś mrowienie. Niezbyt stromy podjazd, jakiś uprzednio minięty gość już mnie dogania. Przez chwilę walczę bardziej ze skutkami zjazdu niż z podjazdem. Trasa skręca na stromo opadającą ścieżkę po zboczu. Na niej hamuje mnie jakiś denerwująco powolny gość. Chyba coś się w końcu zdarzy. Później jakieś duże korzenie i kamienie, „ścieżka techniczna”. Gość nagle staje, wpadam na niego i walę się w bok na kamień. Uderzenie w miednicę. Wstaję i przez chwilę czuję wściekłość. On pyta się czy nic mi nie jest ale mówię tylko „jedź” bo nie chcę go widzieć. Z bolącym bokiem wypadam na asfalt i za mostem z powrotem w las. Stwierdzam że przednia obręcz jest mocno zdecentrowana, pewnie na zjeździe. Kawałek dalej rozwidlenie: do mety lub na drugą pętlę. Bez wahania wybieram to drugie. Za mną któryś kolega w niewybrednych słowach przekonuje swojego kumpla żeby zrobił to samo. Trasa prowadzi po leśnym zboczu, nieopodal słychać hałas bazy startowej lecz nic nie widać. Dojeżdżam do bufetu, w ciasnym miejscu u podnóża podjazdu. Trzeci power i pierwszy żel z kieszeni. Nagle dojeżdża Madziak, jako uzasadnienie swojej niezbyt mocnej pozycji podaje ból w rękach po zjeździe ;) Był tam też Stachu z Zielonej Góry. Dojeżdża jakiś zawodnik który ignoruje bufet i wali dalej skwitowany moim uśmiechem. W czołówce to on i tak nie będzie.

Ruszam na podjazd, nogi chwilowo miękkie po staniu ale idzie. Jakaś dziewczyna walczy przede mną, mijam ją. Potem dalej pod górę, koło restauracji Piekiełko i do lasu. Techniczne podjazdy tym razem bez tłumu więc wskakuję na kolejne głazy i korzenie swobodnie. Jacyś kibice wydzierają się na jadącego za mną, on jednak wymięka. Mijam jakąś zażarcie walczącą blondynę, pytam czy pisze coś na forum ale nie kuma. Może Czeszka? Zjazd lasem i po szutrach do mostu i znowu na długi podjazd. Tym razem dłuży się jeszcze bardziej. Kręcę dość powoli, ludzie mnie mijają. Nagle głos, to Wigor. Zamieniamy parę słów  (narzeka na żołądek) po czym powoli oddala się do przodu. Wkrótce bufet, brak powera kwituję głośnym k.....a. Wypijam pół butelki wody, dobrze rozgrzanej (dzięki!) bo położonej na słońcu, 2 żele i ruszam dalej. Po chwili osiągam znany już zjazd do asfaltu, w najszybszym miejscu na szutrze leży pełniutka butelka błękitnego powera. Nie zwalniam, o niej będę myślał następne 10km. Odcinek asfaltowy pokonuję dość sprawnie lecz na wypoczynkowym pulsie ok. 145. Podjeżdża jakiś kolega pytając się czy nie mam zapasowego łańcucha. Ubawił mnie tym. Jego jest jakiś trefny, mówi. Dojeżdżamy do największego podjazdu. Przede mną dwóch zawodników jedzie obok siebie i zabawiają się rozmową, zapewne żeby odwrócić swoją uwagę od wysiłku. Więc słyszę o wypasionych maratonach w Czechach gdzie na bufetach jest piwo, rum i co tam jeszcze a przewyższenia sięgają Mount Everestu. Ich tempo staje się powolne i zaczynają mi przeszkadzać ale wyrywać też mi się nie chce. W końcu na wiadomym odcinku zeskakują na ziemię, ja też. Mijamy kolegę odpoczywającego przy kolorowym rowerze, który wygląda na mocno oszołomionego trudnościami. Okazuje się że jest na pierwszej pętli choć wystartował z opóźnieniem. A w ogóle to jego pierwszy maraton. Nie kryje dla nas głośnych słów podziwu, ja na to że my jesteśmy tylko tylne lamery. Zawodnik koło mnie jakby się obruszył. Znowu jazda, koło domu bez szyb gdzie tym razem biegają małe dzieci z butelkami napełnionymi wodą i oferują ją przejeżdżającym zawodnikom, dyrygowane przez swojego tatę siedzącego nieopodal. Dziękuję i odmawiam. Potem w lesie znowu kawałek z buta, czuję jak robi się ze mnie dętka. Podchodzenie z buta zawsze najbardziej mnie męczy. Paru ludzi mnie wyprzedza. Potem powolna jazda, daję się wyprzedzać, wypompowany jestem nieźle. Osiągam bufet gdzie paru znudzonych osobników z obsługi nawet nie zadawało sobie trudu żeby podawać wodę czy powera zawodnikom. Samoobsługa. Skusiłem się na banana, jeszcze powerade i żel. Na myśl o zjeździe wstępuje we mnie nowa energia, ruszam z bufetu bardziej rześki. Po chwili już zasuwam po bruku, jest może nawet bardziej czadowo niż poprzednio. Liczę wyprzedzanych osobników, 1, 2, 3, 4 , 5, 6 – sześciu. Radocha hehe. Na dole ruszam na podjazd aby rozbudować przewagę i nagle kłucie w żołądku. Chyba od wstrząsów. Jadę powoli chwytając się za brzuch, o dziwo żaden z tych sześciu mnie nie dogania. Po paru minutach kłucie przechodzi i jadę normalnie. Za tabliczką „Do mety” jest wąska ścieżka, krótka myśl o zgubieniu się ale nie. Przede mną półkole maxisa, odwracam się, nikt mnie nie goni. Dojeżdżam jak na spacerku. Zaraz za linią mety rozłożyło się na trawie towarzycho - Madziak z Agą  i Wigor. Cóż, przyjechali parę minut wcześniej. W tym momencie czuję się całkiem rześko i jadę 50m z powrotem a potem drugi raz do mety pozując do zdjęcia z rękami wyciągniętymi ala Szurkowski. Nie trafił, no cóz mniejsza z tym.

Podsumowując dodam że Aga zwyciężyła w Paniach open i elita wynosząc stamtąd 2 wielkie szklane puchary a reszta dostała taki bezimienny dyplom i po świerszczyku :p