Jak pokonałem Żelazną Kurtynę...powrót Dzień I
Do Czechosłowacji
Dworzec we Wrocławiu, kolejka do kasy. Kwadrans czekania. - Jelenia Góra, połówka! - mam dwie godziny. Wychodzę na miasto. Przegryzam bułkę z oranżadą. Baterii - oczywiście - nigdzie nie ma. "Nie widzieli, nie słyszeli o takich cudach" - myślę zrezygnowany na widok miny sprzedawcy w kiosku. Inny znowu wyglądał, jakby chciał powiedzieć "Ten to chyba z choinki się urwał!". Elektryczniak do Jeleniej potwornie zatłoczony. Stoję w środku rozśpiewanej wycieczki harcerzy. Z drugiej strony jakiś facet podnieconym szeptem wyjaśnia swojej żonie, że właśnie wyczytał w gazecie, że to i tamto podrożało o 20%, a tymczasem na palcach można policzyć, że o dwadzieścia pięć! Żona uśmiecha się "Józek, masz czterdzieści, a jeszcze się dziwisz, jak dziecko." Teren za oknami zaczyna się stopniowo coraz bardziej fałdować, i w tym samym tempie poprawia się mój nastrój. "Góry, góry, dlaczego was tak lubię!"
Pogoda poprawia się, nad Jelenią słońce. Ostatni raz byłem tu dwa miesiące wcześniej, jeszcze jako motocyklowy turysta. Kupuję bilet do Świeradowa i hot-doga. Przechodzi dwóch ruskich oficerów, na głowach oczywiście te oszałamiające talerze. Wokół dworca wyczuwam charakterystyczną atmosferę Dolnego Śląska, którą już dawno polubiłem. Wreszcie podstawiają pociąg do Świeradowa. Kilka wagonów, kilkunastu pasażerów. Za Gryfowem zaczyna się niemiłosiernie wlec. Zniecierpliwiony przechadzam się po wagonach. Czuję że ludzie przyglądają się, niedobrze, to już strefa graniczna. Konduktor po raz drugi żąda biletu, potem legitymacji studenckiej. Długo ogląda. Pociąg sunie z prędkością rowerzysty, trochę się niepokoję. Przecież granicę muszę osiągnąć przed świtem. W końcu Świeradów. Zaczyna się ściemniać. Wychodzę z miasteczka niebieskim szlakiem w kierunku zachodnim.
W lesie mały postój, przekładam część rzeczy do torby w kieszeni, zjadam pół sernika, popijam. Robi się całkiem ciemno. Od tego miejsca będę walił do granicy na przełaj. Wyciągam mapę i kompas. Muszę przejść lasem w dolinę, przeciąć szosę i rzekę i znowu pod górę, lasem, wdrapać się na grzbiet górski wzdłuż którego biegnie granica. Około 500m w dół i w górę. W poziomie 7-8km. Przedzieram się przez las po omacku. Taka mała próba bo do granicy kilometry. Potrzaskane sosny, skałki, strumyki, dochodzę do końca lasu. W świetle księżyca, który jest wyjątkowo jasny na bezchmurnym niebie, widzę majaczący, czarny, pokryty lasem grzbiet, od którego dzieli mnie dolina. Jej dnem biegnie szosa przed którą znajduje się jeszcze pas łąk, a na nich porozrzucane domy - gospodarstwa rolnicze. Oczywiście przy każdym jazgoczący pies. Staram się przejść w równej odległości od sąsiadujących chat. Poruszam się cicho, jednak rozlega się szczekanie.
Na razie nie bardzo się tym przejmuję. Dochodzę do szosy, za nią całkiem solidna rzeka, potrzebny most. Idę kawałek szosą. Jest mostek, za nim gliniasta droga wije się pod górę wzdłuż strumyka, spływającego z granicznego masywu. Droga prowadzi do gospodarstwa, jednego z wielu ciągnących się w poprzek zbocza w niewielkich odległościach od siebie. Trudno przejść niezauważonym przez ten łańcuch. Idę po kamieniach, strumykiem płynącym w małym wąwozie. Wkrótce staje się to niemożliwe. Wspinam się po korzeniach na urwistą ścianę wąwozu i okazuje się, że jestem na czyimś podwórku. Od strony urwiska nie ogrodził. Z lewej drewniany dom, z prawej szopa, jakaś stodoła. Żeby wyjść przez furtkę muszę przejść całe podwórko. Pod ścianą szopy dostrzegam budę psa. Z otworu - nie, to nie złudzenie - wystaje uśpiony pysk. Z urwiska jednak nie będę złaził. Przesuwam się bezszelestnie, na palcach, co umożliwiają trampki. Drewniana furtka potwornie skrzypi. Nagle w budzie rumor. Przebiegam ścieżkę i wspinam się szybko po leśnym zboczu. Koryguję kierunek kompasem. Pies hałasuje, jednak po kilkunastu minutach uspokaja się. A ja coraz dalej, ciągle w górę, przez las. Między drzewami majaczy coś dziwnego, coś jakby szeroki pas zagrabionego piasku. Skradam się bardzo ostrożnie. W jednym miejscu - jak mi się wydaje - widzę budkę wartowniczą. Ostrożnie wycofuję się, niedaleko słyszę szum strumienia który musi przecinać tą linię. Skradam się strumieniem, po kamieniach. Jest mostek, bez siatki ale głęboko. Wchodzę po kolana w wodę. Po drugiej stronie mostku wypełzam na brzeg i nagle pojawia się przeczucie, że to nie jest żadna strzeżona linia. Wspinam się i wychodzę na mostek, rzekomy zagrabiony piasek okazuję się być gładkim betonem. To zwykła droga. Przez chwilę jestem wściekły. Wyciskam wodę z butów i skarpetek i ruszam dalej. Las zasłany jest niezliczoną ilością różnej wielkości suchych patyków. Przypomina to powiększone bierki. Ciche poruszanie się zabiera wiele czasu. Jestem już trochę zmęczony. Przeciskam się między gęsto zasadzonymi choinkami. Znowu jakaś droga? Nie! Tym razem autentyczny zaorany pas! Grube skiby a przed nimi wydeptana ścieżka. Tylko kierunek trochę nie bardzo: z północy na południe. Lokuję się na miękkiej ściółce i czekam na przejście patrolu.
Która godzina?! Cholera, godzinę spałem! Mokre nogi są trochę zmarźnięte. Nic dziwnego, trawa wokół oszroniona, jest poniżej zera. Robię parę przysiadów, potem ruszam ostrożnie ścieżką na południe. Las przerzedza się. teren jest podmokły, porośnięty bujnymi kępami żółtej trawy. Idę znowu na przełaj. Przechodzę strumyk, błotnistą drogę z głębokimi koleinami, potem drogę wysypaną tłuczniem. Teraz zbocze zasłane jest omszałymi głazami, z rzadka sterczą połamane, suche sosny, kępy kosodrzewiny, w niektórych miejscach płaty śniegu. Pejzaż typowo górski, powietrze też, to już ponad 1000m n.p.m. Widoczność jest dobra, pełnia. Na zegarku dwunasta. Wspinam się na kolejne głazy. Zbocze coraz łagodniejsze, przechodzi stopniowo w równą łąkę. Przecinam ścieżkę, wzdłuż której co kilka metrów wbite są wysokie tyczki. Jestem przekonany, że to szlak WOP-u. Poruszam się powoli z największą ostrożnością. Około sto metrów za ścieżką natrafiam na błotnistą rozjeżdżoną drogę obramowaną płytkimi rowami. To musi być granica - myślę. Wyciągam notes. Godzina druga zero dwa. Przechodzę na palcach po kamieniach, aby nie zostawić śladów. Za drogą ciągnie się suchy, karłowaty las. Kilka razy pod nogą strzela gałąź, zaciskam zęby w napięciu. Po chwili ruszam dalej. Osiągam utwardzoną tłuczniem drogę. Za nią las jest inny, choinki i bujna trawa. Zwiększam tempo, teren zaczyna opadać.
Sprawdzam mapę. Wiem już na pewno, że jestem w Czechosłowacji. Las staje się bardzo gęsty. Natrafiam na drogę do ściągania drzewa. Zapadam się we wstrętne czeskie błoto. Dochodzę do większej drogi. Buty jak dwie grudy gliny. Wchodzę do strumyka, lodowata woda zalewa stopy, ale spłukuje błoto. Droga rozwidla się, na drzewie widzę przybitą tablicę. I tu zaskoczenie, napis jest po polsku! "Uwaga, ścinka drzew". Czyżbym był jeszcze w Polsce? - myślę podenerwowany. Jedną drogę mam na południowy wschód, drugą na zachód a zamierzam iść na południowy zachód. Walę więc na przełaj. Teren jest wstrętny, podmokły, porośnięty czymś w rodzaju kosodrzewiny. Wkrótce przechodzi w zwykłe bagno. Skaczę po kępach trawy, zapadając się powyżej kostek. Wreszcie teren zaczyna się nieco podnosić. Przechodzę wpław rzeczkę, która nawet jest na mapie. Od wschodu zaczyna szarzeć. Mocno zmęczony, rozkładam na ściółce przy ściętym pniu foliowy płaszcz i kładę się.
Dzień II
Przez górskie pustkowia
Budzi mnie zimno i mżawka. Pierwsze co widzę, to gruba stalowa lina zawieszona kilka metrów nad moją głową. Powoli wstaję, zesztywniały. Jest całkiem jasno ale pochmurno, lekko kropi. Stoję na środku karczowiska zasłanego pociętymi pniakami, stosami gałęzi i korzeni. Idę wzrokiem za liną. Powoli opada i ginie w stosach drzewa. Odwracam głowę. A co to? Sto metrów dalej widzę jakby wieżyczkę zamontowaną na podwoziu ciężarówki Steyr, lina dochodzi do jej czubka. Inne, naprężone w różnym stopniu, rozchodzą się z tego samego punktu w kilku kierunkach. Ostrożnie podchodzę do urządzenia. Ludzi nie widać, jest zbyt wcześnie. Pojazd stoi na utwardzonej platformie i jest mocno zakotwiczony. Domyślam się, że liny służą do ściągania pni. Nieopodal dostrzegam wagony robotników leśnych, na ziemi rozciągnięte kable, a więc mają tu prąd. Idę cicho leśną drogą, która po chwili krzyżuje się z asfaltówką. Wyciągam mapę Czechosłowacji, bardzo niedokładna ale innej nie mam. Liberec, duże miasto, mam na południowy zachód. Kierunek szosy mi nie pasuje, zresztą bałbym się nią iść. Walę dalej w las, na kompas. A las w Czechach bardzo dziwny, wstrętny. Ściółka tak nasycona wodą, że gdzie nie stanąć, po kostki albo więcej. W niektórych miejscach przeskakuję po kępach trawy. W butach chlupot wody. Dochodzę do skraju lasu. Dalej ciągną się zarośnięte bujną, żółtą trawą łagodne zbocza, tak samo podmokłe jak las. Pod wieżyczką myśliwską robię mały postój. Otwieram puszkę mleka, przelewam zawartość do manierki, z drugiej butelki plastikowej dodaję trochę wody. Kilka jabłek w nocy zmarzło i teraz rozsypują się. Zjadam je. Jeszcze kawałek sernika, tabletka multiwitaminy, wyciskam wodę z butów i w drogę. Idę między dwiema wypełnionymi wodą koleinami, unikając co większych zwałów błota. Teren jest odkryty, przeraźliwe pustkowie, coś jak angielskie wrzosowiska. Słychać tylko pohukiwanie wiatru. Na szczęście nie pada. Schodzę w zalesioną dolinę, za którą widać dwa rozległe, zalesione wzgórza z siodłem. Według mapy na prawo od nich powinien być Liberec. Postanawiam przejść siodło i obejść miasto. Wychodzę na asfaltówkę, chyba mało używaną, która ciągnie się przez las. Idę nią. Po chwili widzę mostek, dalej coś jakby skrzyżowanie, a przy nim budynki. Wchodzę do strumyka, lodowata woda wypełnia buty. Patrzę jak odpływa z nich błoto. Siadam na brzegu, wyciskam wodę. Słyszę jak szosą przejeżdża jakiś pojazd, potem widzę pierwszego Pepika. Biegnie w czerwonym dresie. Kontroluję wzrokiem buty i spodnie. Czyste, tyle że mokre. Postanawiam już nie schodzić z dróg, żeby się nie pobrudzić. Czysty jestem mniej podejrzany.
Sprawdzam kompas. Wypada mi iść dalej w tym samym kierunku, ale za skrzyżowaniem widzę przy szosie coś w rodzaju czeskiego GOPR-u a może WOP-u. Wybieram zatem drugą szosę odchodzącą od skrzyżowania. Na zboczu widzę pracujących leśników. Jeden traktor i jeden koń. Przejeżdża samochód, przyglądają mi się. Znowu skrzyżowanie, idę w prawo, pod górę. Droga skręca szerokim łukiem ciągle w prawo, a więc korzystnie. Teren jest niepodobny do polskiej strony Sudetów, straszliwie podmokłe zbocza, pokryte żółtą, bagienną trawą. W kilometrowych odległościach od siebie widać porozrzucane chaotycznie samotne drewniane chaty, które wyglądają na opuszczone. Dochodzę do przecięcia szlaków turystycznych, jednak wszystkie nazwy nieznane z wyjątkiem jednej: Liberec 3km. Ja jednak miałem w planie obejść miasto z lewej, toteż wybieram inną drogę. Prowadzi w dół, w coraz bardziej niekorzystnym kierunku, jednak nie chce mi się wracać. W końcu skrzyżowanie. Drogowskaz: Josefuv Dul. Fatalnie. Ale nie chce mi się ani wracać, ani tym bardziej iść na przełaj, przez moczary. Schodzę w dolinę, do miasteczka. Raczej jest to duża wieś. Na samym dnie doliny spora rzeka, most, a dalej asfalt ostro pod górę. Jestem już zmęczony, robię postój. Pociągam zagęszczone mleko z manierki, połykam multiwitaminę. Wspinam się dalej, razem z samochodami. Z każdym kilometrem coraz trudniej, na przemoczonych stopach tworzą się odparzenia, mimo to twardo walę naprzód. Szosa niemiłosiernie wije się między zboczami. Mijam kilka wiosek, zjadam resztę sernika. Jest już całkiem ciemno, gdy prawie kuśtykając dochodzę do Liberca. Godzinę błądzę jeszcze po ulicach, szukając dworca. Na najwyższych budynkach widzę wielkie neonowe czerwone gwiazdy. Dworzec jest prawie pusty, wchodzę do wyziębionej poczekalni, zwalam się na krzesło.
Próbuję trochę drzemać, ten odpoczynek dużo mi daje. Oglądam rozkład, 5.25 pociąg do Chebu, a więc pokonujący prawie całą moją trasę. Mijają godziny. Czytam trochę rozmówki czeskie, ale jakoś ta ich mowa nie wchodzi mi do głowy. Zresztą przy tym zmęczeniu to normalne. Jest czwarta. Na peronie podstawiają już pociąg. Postanawiam jechać nim jak najdalej, bawić się z konduktorem w chowanego. Wchodzę do wagonu, wszystkie przedziały puste, rozwalam się w jednym z nich. Natychmiast dopada mnie sen.
Dzień III
Pieszo do Litomerzyc
Przebudzenie było nieprzyjemne. Ostre światło, przedział zapchany ludźmi, a nad głową konduktor - Jizdenku, prosim! - szybko wstaję i wychodzę na korytarz, ale tu też tłumy. Niedobrze. Będziemy gadać przy wielu słuchaczach. Na wpół jeszcze śpiący nieporadnie tłumaczę mu, że jestem Polakiem, dlatego słabo mówię po czesku, biletu nie mogłem kupić bo kasy zamknięte. On mówi że rozumie, w porządku, i zaczyna wypisywać bilet. Na to ja, że nie mam koron tylko złotówki. Trochę już zdenerwowany pyta się gdzie jadę. Do Chebu - mówię cicho i natychmiast tego żałuję. Ale wypaliłem! Natychmiast prostuję, że do Czeskiej Lipy. Mówi że nic z tego, muszę wysiadać na najbliższej stacji, Jabloni. Po chwili jestem na peronie, mała stacyjka. Wychodzę z miasteczka ciemnymi jeszcze ulicami na szosę do Czeskiej Lipy. Ciągle idąc, próbuję stopować ciężarówki, ale bezskutecznie. Robi się jasno, dzień staje się słoneczny, ale zimny. Otwieram drugą puszkę mleka i napełniam pustą już manierkę. Upijam trochę. W końcu któraś z ciężarówek zatrzymuje się. - Do Czeskiej Lipy? - Ano! I jedziemy. W Czeskiej Lipie rzucam tylko "Dikuje wam" i wysiadam. Patrzy dziwnie. Miasto duże, postanawiam zajrzeć do kilku sklepów. W elektrycznym baterie do latarki w kilku rodzajach, ale mogę tylko popatrzeć. Ogólnie zaopatrzenie o niebo lepsze niż w Polsce. Dostrzegam jednak długą kolejkę. Co dają? Banany. Wychodzę z miasta w kierunku Litomerzic. Sprawdzam mapę, posunąłem się z Libereca ok. 50km, a do Litomerzic drugie tyle. Mijają długie kilometry. Nikt nie zatrzymuje się na auto-stop a poodparzane stopy bolą. Co kilka kilometrów robię odpoczynki. Powoli ściemnia się. Dochodzę wyczerpany do jakiegoś miasteczka, mały dworzec, ciepła, pachnąca, pusta poczekalnia. Kładę głowę na stół i zasypiam. Budzi mnie jakiś ostry głos. Podnoszę głowę. To kasjerka woła ze swego okienka, zaraz ma przyjechać ostatni pociąg, i myśli że będę chciał kupić bilet. Patrzę na zegar, spałem dwie godziny. Odpowiadam tylko "Ne, ne!" i wychodzę szybko. Trochę zregenerowany, walę dalej szosą. Mijam kolejne wioski. Już nie tylko odparzenia dokuczają mi, odzywa się w kolanie jakiś dawny motocyklowy reumatyzm. Na dodatek zaczyna padać deszcz. Docieram do przedmieść Litomerzic i chowam się na przystanku. Gdy trochę przestaje padać ruszam dalej, szukam dworca. Błądzę po wąskich uliczkach jeszcze dwie godziny. Wreszcie siadam w poczekalni. Dopada mnie drzemka.
Dzień IV
W Usti
Nawet dobrze nie zasnąłem na zimnym dworcu, gdy zaczyna się przejaśniać. Te kilka godzin siedzenia dużo mi dało, ale nogi dalej prawie do kitu. Pogoda wstrętna, zimno, mglisto, ale nie pada. Przechodzę przez most na Łabie. Postanawiam iść piechotą do Lovousic, a stamtąd jakoś pociągiem do Usti. Szosa jest bardzo ruchliwa. W pewnej chwili zatrzymuje się przy mnie Lada, facet pyta o drogę do Litomerzic. "Prosto i w prawo" - mówię po polsku. Robi głupią minę, ale nic, jedzie. Po ok. siedmiu kilometrach jestem w Lovousicach.
Miasto typowo przemysłowe. Zewsząd otacza mnie czerwień wielkich haseł o przyjaźni z ZSRR. Żeby było sto procent czerwieni, pisane są jasnoczerwonymi literami na bordowym tle, albo odwrotnie. Po godzinie znajduję małą, dzielnicową stacyjkę. Nadjeżdża pociąg, sprawdzam kompasem - na północ. OK, wsiadam. Przyśpieszenie ma niezłe, mijają kolejne przystanki. Konduktor dopada mnie dopiero przed samym Usti. Jest to wredny typ. Biegnie zawołać swojego kolegę a ja w przeciwną stronę, przez wagony do końca pociągu. Gdy po minucie pociąg zajeżdża na peron w Usti natychmiast wyskakuję, zbiegam przejściem i wypadam z dworca.
Usti to dziwne miasto, położone na stromym, skalistym brzegu Łaby. Każda ulica jest na innym poziomie. Widoki psują tylko wszędzie rozwieszone hasła, których jest tu wyjątkowo dużo. Ja jednak nie jestem w nastroju do zwiedzania. Postanawiam zdobyć trochę koron, wchodzę do dużego hotelu. Recepcjonistka jest nawet miła. Pytam ją, czy nie mieszka tu jakiś Polak, niestety nie. A gdzie mógłbym zamienić złotówki na korony. Tłumaczy mi, gdzie znajduje się "Cedok" - biuro wymiany. W biurze jednak okazuje się, że nie wymieniają bezpośrednio złotówek, a tylko specjalne czeki, które mają polscy turyści. Wracam do hotelu. Recepcjonistka uświadamia mnie, że nigdzie złotówek nie wymienię, bo stąd nikt do Polski nie jeździ. Ale przypomina sobie, ze w Trunowie, na przedmieściu, pracują Polacy. Pisze mi na kartce nazwę zakładu i numer autobusu, którym mogę tam dojechać. Wchodzę do autobusu. Kasuję byle jaki świstek, rozglądam się po wnętrzu. Wszystkie Pepiki oczywiście siedzą jak należy, zabierając jak najmniej miejsca, tylko dwóch osobników rozwala się na siedzeniach, jak tylko może. Polak? - pytam. Tak - odpowiada jeden z nich zamroczony. Widzę że dogadanie się z nim będzie raczej trudne. Jego kolega całkiem nie kontaktuje. Na kolejnym przystanku za oknem widzę dwa wieżowce, jeden z kolesiów klepie drugiego "Józek, nasza chata!". Natychmiast wysiadam, oni jadą dalej. Wchodzę do hotelu, rzeczywiście, Polacy tu mieszkają. Zaczepiam ich w przejściu. Wymienić nikt nie chce bo wszyscy niedługo wracają i chcą się obkupić. Tylko jeden obiecuje że zejdzie do mnie za pół godziny. Czekam oglądając telewizję w recepcji. Facet nie pojawia się. Zrezygnowany wychodzę na ulice. Właśnie patrol uzbrojony w Kałasznikowy zatrzymuje jakąś Skodę. Jeden z funkcjonariuszy klęka na asfalcie i zagląda pod podwozie, pozostali sprawdzają wnętrze. Wsiadam do autobusu. Prześpię się na dworcu. Tego gościa dorwę jutro rano, jak będzie wychodził do roboty.
Dzień V
Długi skok
Gwałtownie podnoszę głowę ze stołu. Co? Pół do ósmej? Cokolwiek zaspałem! Wybiegam z dworca wprost do autobusu. Hotel opustoszały, tylko na parking zajeżdża Skoda z czeską rejestracją. I kto z niej wysiada? Właśnie ten którego szukałem! Jest trochę zmieszany. Przeprasza, ale wczoraj coś mu nagle wypadło. Wsiadamy do samochodu. Wiezie mnie do fabryki. "Oczywiście można wymienić, ale drogo". Na parkingu każe mi czekać. Po chwili przychodzi inny gość o gadce starego handlarza. Proponuje 50zł za koronę. Zgadzam się, nie chce mi się z nim targować. Przychodzi mój poprzedni znajomy, dostaję od nich jeszcze kilka biletów na autobus, oni dostają je za darmo. Rozstajemy się zadowoleni. Jadę na dworzec. Kupuję do Chomoutowa, pociąg odjeżdża za godzinę. Wychodzę jeszcze na miasto, biorę parę drobiazgów do jedzenia, w tym dwie tubki mleka skondensowanego. To sprawdzony lek na głód. Wsiadam do pociągu w świetnym nastroju. Po kilku godzinach jestem w Chomoutowie. Biegnę do kasy. Kolik stoi do Karlovych Var? - Osum - Prosim! Wpadam zpowrotem do tego samego pociągu, który jeszcze nie zdążył odjechać. W wagonie jest ciepło i przytulnie. Czytam trochę rozmówki czeskie... Przecieram oczy. Co? Spałem? Pociąg właśnie rusza z jakiejś stacji, szybko nabiera tempa. "O cholera, to Karlove!" Chowam rzeczy do kieszeni i torby. Po chwili pociąg znowu zatrzymuje się. To jeszcze jakaś peryferyjna dzielnica Karlovych Varów, wysiadam. Pociąg zpowrotem do centralnego dworca za dwie godziny, postanawiam iść piechotą przez miasto. Wchodzę jeszcze do sklepu po mleko, wypełniam manierkę. Błądzę trochę po ulicach, wreszcie wsiadam do autobusu. Objeżdżam pół miasta, aż widzę jakiś mały dworzec. Okazuje się że to ten. Odjazd do Mariańskich Łaźni za godzinę. Kasy zamknięte. Przeliczam resztę koron, zostały jakieś drobne, siedem czterdzieści. Pociąg jest typowo czeski: dwa wagoniki z własnym napędem. Jeśli teraz zacznę dyskutować z konduktorem to wszyscy będą słyszeć. Niedobrze. Bardzo chce mi się spać. O! Już jedziemy. Trochę podrzemałem. Młoda konduktorka wypisuje bilety. Nic nie słychać, silnik hałasuje potwornie. Podchodzi do mnie - Do Mariani - Osum! - Trochę panikuję bo nie mam tyle pieniędzy. Sypię jej do ręki całą tą kupę drobniaków, którą mam. Zgrubnie liczy i wypisuje bilet. Jest sympatyczna, uśmiecha się. Uspokojony opadam na fotel. Budzi mnie dopiero maszynista w Mariani, bo to stacja końcowa. Wychodzę zaspany na pusty dworzec. Nie czuję się tu zbyt bezpiecznie, to już strefa graniczna. Napełniam wodą manierkę. Przed dworcem jest duża mapa topograficzna, naklejona na tablicy. Spisuję z niej trochę danych. Miasto jest już wyludnione, pora późna. Według mapy następnym punktem przez który muszę przejść jest Velka Hledsebe.
Zastanawiam się czy pójść tam piechotą, czy pojechać autobusem. Na przystanku jednak spora grupa Wopistów, chyba wracają z przepustki. Idę piechotą. Z tyłu ktoś biegnie. To żołnierz, który nie zdążył na autobus. Pyta się mnie, która godzina. Wyciągam rękę z zegarkiem. Trochę zdziwiony, odczytuje głośno godzinę, biegnie dalej. Przez dłuższy czas słyszę za sobą kroki, ktoś uporczywie za mną łazi. Za wiaduktem wspinam się na wysoki nasyp. Patrzę w dół, idą jakieś dwa typy. Czekam chwilę aż ucichną ich kroki. W miasteczku siadam na przystanku dla odpoczynku. Ulicą przeciąga konwój wojskowy, same ciężarówki. Czytam drogowskaz: Tri Sekeri, Krasne. Od zachodu dochodzi bulgot ciężkiego karabinu maszynowego. Idę w tamtą stronę przez ciemny las, trzymając się cienkiej asfaltowej nitki. Po bokach jakieś tereny wojskowe. Nagle światła samochodu. Rzucam się między drzewa, przypadam na miękkim mchu. Przejeżdża. Nie chce mi się wstawać, oczy zamykają się.
Podnoszę się po godzinie, trochę zregenerowany. Przede mną wieś: Krasne, odczytuję tablicę. Wygląda jak wymarła, ani jednego światełka. Idę bezszelestnie środkiem asfaltu. Nie odzywa się żaden pies. Przy końcu wsi rozgałęzienie, sprawdzam kompas. Skręcam w boczną drogę asfaltową. Na skraju lasu przy drodze tablica "Eintritt verboten, Grenzgebiet". Idę dalej, wydaje mi się jednak że bezpiecznie będzie poruszać się na przełaj, lasem. Wyciągam kompas: dokładnie na zachód, wchodzę w las. Po jakimś czasie dochodzę do trawiastego pasa, na którym stoi jakiś drewniany budyneczek. Przekradam się obok, wolę nie sprawdzać co to jest. Teren opada, staje się podmokły. Przemaczam znów podsuszone w pociągu buty. Znowu idę pod górę. Przecinam wąską asfaltówkę. Skradam się ścieżyną. W pewnej chwili na jednym z drzew dostrzegam przykryte siatką maskującą stanowisko obserwacyjne. Powoli i bezgłośnie przechodzę obok. Pokonuję jeszcze kilka kilometrów lasem i dochodzę do jego skraju. Dalej ciągną się zaorane pola. Widać światełka jakichś domostw. Kładę się na miękkiej, suchej trawie. Trzeba odpocząć.
Dzień VI
Przez druty
Wstaję po godzinie. Kompas prowadzi mnie przez pole. Przechodzę niefrasobliwie, pozostawiając ślady. Za polem wstążka asfaltu, zabłocona, dziurawa. Od wschodu zaczyna się przejaśniać. Droga prowadzi najwyraźniej do jakiejś wioski, idę tam, aby poznać jej nazwę: Vysoka. Wycofuję się. Za drogą jest trochę pastwisk, a potem znowu las. Przecinam pastwisko i dochodzę do lasu. Okazuje się, że ze wsi jego skrajem, a potem w głąb, biegnie asfaltowa droga. Coś jedzie, chowam się, to wojskowa ciężarówka. Idę kilkadziesiąt metrów drogą, ale dostrzegam przez lornetkę po obu jej stronach niedaleko przede mną przeciwczołgowe kozły. To chyba posterunek, wycofuję się. Na skraju lasu w niewielkich odległościach od siebie poprzybijane są tablice, tym razem po czesku, w sensie: Strefa graniczna, wstęp za pozwoleniem. Jest już prawie jasno. Skradam się lasem z maksimum ostrożności. Widzę przed sobą przecinkę, na jej środku ścieżkę, a przed nią ogrodzenie z siatki. Zdaje mi się że to już granica. Przechodzę. Las jest teraz inny, rzadki, wysokie drzewa. Zbliżam się do leśnej ścieżki, dostrzegam na niej wolno przechadzającego się uzbrojonego żołnierza. Nie wiem czy to Czech czy Niemiec. Próbuję dostrzec broń, zdaje mi się że to Kałasznikow. Podczołguję się, cicho przeskakuję ścieżkę, biegnę dalej w dół po leśnym zboczu, omijając trzaskające gałęzie. Dnem dolinki płynie strumyk. Forsuję go. Wspinam się na wzgórze porośnięte choinkami. Znowu droga. Świeże ślady Łaza. Wzdłuż drogi na drzewach przybite tablice tej samej treści co poprzednio, tyle że stare, ledwo czytelne. Znika nadzieja, że jestem już w RFN. Pokonuję jeszcze około kilometra lasem, przez drzewa prześwituje łąka. Ale jeszcze przed nią, w lesie, zarośnięty rów. Za rowem znowu tablica o znajomej treści. Przechodzę na drugą stronę i słyszę gdzieś niedaleko z lewej głośne trzaśnięcie gałęzi. Z kolei z przodu dociera do mnie krótki, podniecony szept. Cofam się i tam gdzie przed chwilą przechodziłem widzę żołnierza z węszącym psem. Krytycznie! Już mnie mają! - myślę. Wyjmuję nunczako i chowam w zaroślach. "Lepiej żeby tego przy mnie nie znaleźli". Ale nagle pojawia się myśl, że może jeszcze nie jestem całkiem okrążony, bo z prawej nie doszły mnie żadne odgłosy. Szybko, ale cicho, na palcach, biegnę w tym kierunku. Bagno! Brnę prawie po kolana. Wyskakuję na łąkę, biegnę skrajem lasu. Muszę przeciąć otwarty teren. Przebiegam jakąś utwardzoną drogę, z prawej widać zabudowania. Staram się utrzymać kierunek zachodni. Jeszcze kawałek łąki i las. Oglądam się, nikt mnie nie goni. Schodzę szybko po leśnym zboczu. Przeskakuję przez małą rzeczkę. Wspinam się po przeciwległym zboczu dolinki i wreszcie jest! Wygląda gorzej niż myślałem. Dużo gorzej. Najpierw płot półtorametrowy, drut kolczasty co ok. 10cm. Co drugi połączony ze słupem przez izolator. To oznacza system alarmowy reagujący na zwarcie drutów. Za tym płotem utwardzona droga, za nią około czterometrowej szerokości zaorany pas, a na jego środku główna przeszkoda: około trzymetrowej wysokości płot z tym samym systemem alarmowym i z półmetrową poprzeczką na szczycie. Jest dziewiąta rano. Postanawiam przeczekać do zmroku ukryty w zaroślach, a potem spróbować przejść tak, aby nie wywołać alarmu. Z rejonu gdzie byłem (prawie) okrążony dochodzą mnie odgłosy nagonki i warkot helikoptera. Zastanawiam się, jak daleko za tymi drutami jest granica. Czym bliżej, tym więcej mam szans. Dochodzę do wniosku że nie może to być więcej niż kilometr. Przed płotem, w trawie, dostrzegam dwa cienkie jak włos miedziane druty. To chyba reaguje na zerwanie. Walcowałem się na nich z pół godziny ale są całe. Wyrzucam z torby wszelkie zbędne przedmioty, resztę pakuję w kieszenie. Godziny wloką się niemiłosiernie wolno. Jest zimno ale trochę drzemię. Od zachodu słychać co godzinę dźwięk dzwonu kościelnego zegara, jest przyjemny i wydaje się dochodzić zza następnych drzew. Jest dla mnie oczywiste że dzwon jest zlokalizowany poza strefą komunizmu, tam gdzie wolność. Leżąc tuż przy pierwszym płocie wyciągam szczypce i przecinam jeden z drutów. Rozchodzi się przeciągły dźwięk, więc rezygnuję z dalszych prób cięcia. Niezbyt daleko dostrzegam wieżyczkę wartowniczą a w drugą stronę budkę. Od siedemnastej zaczyna szarzeć. Wreszcie siedemnasta trzydzieści, jest zupełnie ciemno.
Wchodzę powoli na pierwszy płot, przenosząc ciężar ciała na słupek. Zeskakuję po drugiej stronie. Przebiegam drogę, przechodzę przez zaorany pas, stawiając stopy wzdłuż skibów. Wspinam się na główny płot. Naprężone druty potwornie jęczą, ale zwarcia chyba nie ma. Chwytam za poprzeczkę. I nagle widzę niedaleko światła zbliżającego się pojazdu. Co za cholerny pech! Zeskakuję z drutów. W pośpiechu przeskakuję pierwszy płot, rwąc druty, przewracając słupek. Zbiegam po leśnym zboczu. Przechodzę strumyk. Słyszę już odgłosy pogoni, widzę światła samochodów. Skręcam w prawo, poruszam się teraz równolegle do płotu. Dochodzę do jakiejś przecinki prowadzącej z powrotem do płotu, podążam nią. Znowu mam wrażenie że już mnie mają. Światła latarek zbliżają się, psy poszczekują nerwowo na świeżym tropie. Zbliżam się do rzeczki, dno dolinki jest podmokłe, zasłane gałęziami, porośnięte trzciną. Przyczajam się pod większym krzakiem. Po pół minucie tropiciele są przy mnie. Jest ich trzech, jeden idzie na prawo, drugi na lewo, a trzeci naciera prosto na mnie.
Mają dwa psy. Na jednego wołają Wore, na drugiego ten co przy mnie stoi woła po prostu Pićku. Chodzi naokoło mojego krzaku i świeci. Pies węszy obok, słyszę go doskonale. Po chwili odchodzi dalej. Nie wiem, jakim cudem facet mnie nie zauważył. Ten Pićek jest posłuszny, ale głupiutki. Był pół metra ode mnie i nic. Wore z kolei jest chyba niezbyt dobrze wyszkolony, bo ciągle biega nie tam gdzie chce jego pan, co wywołuje wściekłe nawoływania tego ostatniego. Przeszukują dokładnie całą dolinkę, po obu stronach strumienia. Wreszcie jeden z nich melduje przez radio, że zgubili ślad (jak mi się zdaje). Pada odpowiedź. Wycofują się do miejsca, gdzie próbowałem przejść przez druty. Teraz w dolince panuje idealna cisza. Ja jednak nie ruszam się z miejsca, bo przychodzi mi na myśl, że mogli któregoś zostawić na czatach. Teraz tu niedaleko gdzieś się czai, czeka, aż się ruszę, wydam jakiś dźwięk, i już mnie ma. Ponownie nadchodzi znana trójka. Drugi raz trop doprowadził ich w to samo miejsce. Nie! tym razem jest ich czterech. Ale psy te same. Już chodzą wokół mnie. Co chwilę prześlizguje się po mnie światło latarek. Podnoszę ostrożnie głowę i co widzę? Uroczą mordę Pićka, który właśnie mnie obwąchuje. I tu daj pozor - woła jego pan świecąc na mnie. Potem szarpie smycz - Kde je, Pićku? - woła. Pićek idzie dalej. Wore z kolei biega po całej dolince chyba za jakimś zwierzęcym tropem, ku wściekłej rozpaczy swojego pana, który wydaje odgłosy jakby z głuchym charkotem przegryzał smycz. Nagle wydaje mi się, że to wszystko bardzo śmieszne. Oni są po prostu niezdolni do złapania mnie - stwierdzam. Wystawiam rękę z zegarkiem, niech mam pożytek z tego świecenia. "O tak chłopcze, dzięki temu że poświeciłeś wiem ze jest dziesiąta a teraz możesz odejść" Rzeczywiście odchodzi. Właśnie wpadli na pomysł że siedzę w strumyku i wszyscy świecą w wodę. Z trudem powstrzymuję się od śmiechu. Następny wpadł na genialny pomysł, że musiałem wejść na drzewo. Świecą w korony drzew. Jeden nawet tak się zagapił że wpadł do strumyka. Jego przekleństwa niosą się po lesie. Wreszcie, klnąc i głośno dyskutując, odchodzą. To chyba dobry moment do zmiany pozycji. Czołgam się z największą ostrożnością do strumyka, przechodzę go, wchodzę na podmokłą, zarośniętą trzciną łąkę, szerokości około trzydziestu metrów, za którą w świetle Księżyca, a jest pełnia, widzę płot. I tu mała niespodzianka, tylko jeden. tego pierwszego, niskiego, nie ma. Znów po lesie błądzą światła latarek, ale tym razem już chyba z dziesięć. Obserwuję jak dochodzą do miejsca, gdzie jeszcze niedawno się ukrywałem, długo szukają w całej dolince, wreszcie jeden z nich głośno krzyczy. Inne światła szybko zbliżają się do niego. Słyszę podniecone głosy. Coś jakby, ze wreszcie maja materialny ślad. Przeszukuję kieszenie. No tak, nie ma kompasu! Światła zaczynają zbliżać się do miejsca, gdzie jestem. Zagrzebuję się jak mogę w trzcinie.
Przechodzi metr ode mnie. Wycofują się. Wcześniej zauważyłem że cień, który rzucam w świetle Księżyca, skierowany jest na zachód. To zastąpi mi teraz kompas. Moja pewność siebie wzrasta. Przechadzam się po drodze. Od drutów dzielą mnie dwa metry zaoranego pasa. Oglądam gwiazdozbiory na niebie. Zauważam coś ciekawego: na zachodzie, pewnie w RFN, ktoś regularnie co minutę wystrzeliwuje w górę białą rakietę. Sprawdzam czas, jest po dwunastej. Chyba już zdążyli wrócić do bazy i położyć tyłki na ciepłych krzesełkach. A więc zrywajcie się! Zaczynam znowu! Przekładam Hemostin (spray do skaleczeń o silnym zapachu) do prawej kieszeni, będę go używał przeciwko psom. Zakładam powoli rękawiczki. Podchodzę do drutów, wspinam się. Zgodnie z moim oczekiwaniem rwą się, a więc alarm. Wchodzę na poprzeczkę, zeskakuję i natychmiast biegnę. Po dwudziestu metrach wpadam w las, rozpylam Hemostin i rwę ostro dalej, w górę, po stromym zboczu zasłanym suchymi gałęziami. Już słyszę ryk silnika i pisk hamulców. Po chwili skowyt psów tam gdzie rozpyliłem Hemostin. Dobiegam do leśnej przecinki z drogą na środku. Staję, rozglądam się i nasłuchuję. Trzydzieści metrów dalej stoi ciężarówka, ale dźwięków żadnych, z wyjątkiem odgłosów pogoni za plecami. Ciężarówka świadczyłaby o tym, ze już zdążyli obstawić przecinkę, ale nie mam wyboru. Kilka skoków na palcach i jestem w lesie po drugiej stronie. W różnych miejscach po bokach i przed sobą słyszę trzask gałęzi. Staram się nie zmniejszać tempa. Teraz przede mną już nie przecinka lecz większy odkryty teren zasłany wykarczowanymi korzeniami. Przez chwilę jestem niezdecydowany ale za sobą widzę już światła latarek. Obchodzę przeszkodę z prawej, biegnę dalej. Rozpylam ponownie Hemostin. Teren podnosi się. Jeszcze kilkaset metrów i dostrzegam kolejną przecinkę. Tym razem jest wąska, widnieją w niej białe słupki. Przeskakuję ją jak najszybciej. Zbliżam się do skraju lasu, przy którym stoi spora wieża. Obchodzę ją i wybiegam na łąkę. Od lewej skrajem lasu sunie w moim kierunku jakiś pojazd. Silnik wyje. Biegnę pod górę, aż przede mną otwiera się horyzont. Jakieś światła po lewej, na wprost oraz po prawej. Pojazdu za mną już nie widać. Osiągam wąski, gładki asfalt, z kostką po bokach. Idę nim do świateł, przy drodze żelazny krzyż z napisem, o ile widzę po niemiecku. Zaczynam wierzyć że udało się. Dochodzę do wsi, duże zadbane domy, przystrzyżone trawniki. W centrum wsi wchodzę do budki telefonicznej aby zadzwonić na policję, wrzucam jakieś pozostałe mi czeskie grosze ale automat ich nie przyjmuje. Stoję na chodniku słysząc silnik zbliżającego się pojazdu. Przejeżdża zielony volkswagen transporter. Potem słyszę pisk hamulców, transporter cofa się i staje przy mnie. Wyskakują goście w zielonych kurtkach, początkowo nieco nieufni, widząc moje zielone ciuchy pytają gdzie broń. Łamaną angielszczyzną wyjaśniam że nie mam. Atmosfera odpręża się, poklepują mnie przyjaźnie po plecach, uśmiechają się. Częstują grzanym winem z termosu i okrągłymi piernikami. Jedziemy na posterunek. Ogarnia mnie spokój i radość.
Marek Szymelis |