Relacja z maratonu bikeboard Gdynia 2003...powrót
|
Przed startem... W końcu obwodnica. Dlaczego zachciało mi się jechać przez Kaszuby z Lęborka? Te ostatnie parę kilometrów za dymiącą ciężarówką, której nie sposób było wyprzedzić, było po prostu stresujące. Jeszcze w dół przez Gdynię, po czym wtaczam swojego busa w obszar toru krosowego Kolibki. Rowery, ludzie, samochody. Połowa drogi jest odgrodzona, druga prawie za wąska aby przejechać. Plac parkingowy jest pokryty miękkim piachem którego nie boi się mój Wiciak obuty w terenowe opony, ale te różne pojaździki na małych kółkach? No nie wiem. Fajnie to wygląda, wszystko na żółtym plażowym piachu, w słońcu, nieopodal namioty organizatora a w tle wielkie hopy toru krosowego (po którym raz się kiedyś przejechałem samochodem terenowym). Rozglądam się, już ktoś mnie woła. Jest Kosa, Łukasz, Jarek, ktoś w białym kombi >pozdrawia liro team< ale szczerze mówiąc nie kojarzę (Sławek Szymków jak się okazuje). Jarek ma na swojej kierze imponujący zestaw pomiarowy w postaci 2 liczników lepszej klasy, jeden od wysokości drugi od pulsu. Nastroje są raczej spokojne, tylko lekkie podniecenie. Pojawia się Madziak z Agą. Aga ma mój numer startowy, zipuję go sobie z przodu roweru. Od razu widać że jest smutna, no cóż nie startuje. Dowiaduję się że Madziak i Scoot też nie. Co jest? Jakaś epidemia? Tylko Ania jedzie. Nie wnikam w przyczyny tej megaabsencji. Stwierdzam brak narzędzia wielofunkcyjnego oraz łatek w mojej torebce ramowej. Zostały w drugim rowerze. Zbytnio się tym nie przejmuję, jakoś mam przeczucie że te rzeczy mi się nie przydadzą. Po chwili przejeżdżam na start. Jest już spory tłumek, z przodu Anka i Scoot, przeciskam się do nich. Anka ma oboje oczu podbitych po glebie, wygląda trochę niesamowicie. Jest przy nas Peter, robię Ance i jemu zdjęcia po czym oddaję cyfraka Scootowi który wycofuje się. Z przodu ustawia się tylu ludzi że organizator prosi przez megafon o cofnięcie się całości za linię startu. Jakoś nikt się nie rusza. Podniecenie wzrasta. Jeszcze parę słów na temat przebiegu trasy, głośna muzyka i START. Jedziemy! Z początku lekki podjazd po bruku, potem droga gruntowa dość łagodnie w górę. Jest gęsto, wyprzedzanie trudne a tempo dziwnie luzowe. Z nudów, jadąc przyblokowany w tłumie zaczynam rozmyślać o jakimś maratonie gdzie wpisowe byłoby tak wysokie że przy małej ilości ludzi możnaby się swobodnie pościgać. Chociaż nie... W tym stylu jedziemy przez las dobrze znanym czerwonym szlakiem. Przy krótkim ale ostrym podjeździe w lesie przed Wielkim Kackiem stoi sporo ludzi z fotoaparatami bo ludzie się tam efektownie wyglebiają. Ja odjeżdżam w bok, jest gęsto, kręcę za mocno i już jestem ręką na ziemi. Potem podjazd na którym wyprzedzam trochę ludzi i wypadamy na asfalt w osiedlu domków. Szybki zjazd po asfalcie do głównej drogi, ktoś woła >Teraz!< i wyprzedza mnie dwóch z niezłą prędkością. Na Wielkopolskiej, którą musimy przeciąć, ruch jest zablokowany przez policję, niezłe korki muszą być hehe. Potem gruntówka nad brzegiem wielkiego kanionu z linią kolejową na dnie. Pełna dziur zresztą po których trzeba z kilometr pląsać. Aż do lasu, gdzie robi się zjazdowo. Mógłbym jechać trochę szybciej ale cóż, jest dosyć gęsto. Zastanawiam się jak to będzie tam gdzie wielki pień przegradza drogę. Aha, odsunęli go jakoś na bok. Zaraz potem strumyk. Parunastu forsuje go na raz, ci co nie znają tego miejsca są mocno niezdecydowani. Ja walę do wody krzycząc >Bez obawy, tam jest twardo!< Zawodnik przede mną odpiera >Wiem że jest twardo< ale jakoś długo się przymierza. W wodzie ocieramy się o siebie ale wyjeżdżam suchy na drugi brzeg, przed nim. A tam klęczy Świru z aparatem i robi mi fotę. >Co ty tu robisz?< wołam bo zapomniałem że on przecież nie startuje. Słyszę jak Aga woła dopingując mnie. Potem robi się jakby nieco luźniej, dojeżdżam do pierwszej z tych durnych zielono-białych barierek z bocznymi rurami spychającymi pieszych i rowerzystów do rowu (pozdrowienia dla oszołoma z ministerstwa który je wymyślił). Barierka jest zamknięta (nie można było otworzyć?) Wymijam ją, potem jest krótki piach pod wiaduktem i dalej w las. Trasa przechodzi skrajem Chwarzna, leśną ścieżką i pod przepust pod obwodnicą. Ciągle jadę w sznureczku zawodników. Druga zamknięta barierka. Następują różne podjazdy i zjazdy w malowniczych lasach. Widzę że cała grupa kawałek przede mną wali w fałszywym kierunku >Kurcze gdzie oni jadą?< wołam. Trasa (ciągle czerwony szlak) wychodzi na pola przed Łężycami. Po przecięciu asfaltu pilnowanego znowu ładnie przez policję, (na wyjeździe z niego zwróciłem uwagę na zdradliwy piach gdzie kiedyś mnie zarzuciło) znowu wjeżdżamy w las. Naokoło śmierdzących kałuż, ostry zakręt na skraju łąki z o dziwo nienaruszonym krowim plackiem na środku. >To chyba niewielu jest przede mną?< myślę sobie. Potem kawałek leśniczego asfaltu w lesie gdzie dostaję speeda i wyprzedzam ze trzech. Pojawia się bruk, zaraz będzie TEN brukowy zjazd hehe. Na chwilkę takie uczucie jak w Polanicy. Tam to było bez końca... Potem trasa wiedzie na czarny szlak brukiem, gdzie jak się później dowiedziałem kilku ludzi fruwało (ja dziękuję tam upaść...). Ja się bruków nie boję przez balonowe opony więc waliłem sprawnie częściowo środkiem częściowo bokami wyprzedzając kilku. 27-my kilometr, pierwszy bufet i rozjazd na długą i krótką pętlę. Wciągam izostara, żela i zapijam wodą. Ściskam ręką butelkę i strumień wody zmieszanej z żelem leci do płuc. Ble, kaszlę i usiłuję ruszyć dalej. Kurcze to wyjazd na krótką pętlę. Uświadamia mnie dziewczyna z lakierem do paznokci. Zawracam. Dopada Kosa z kilkoma ludźmi >Zgubiliśmy się!<woła. Razem ruszmy na długą pętlę wijącą się lekko podchodzącą drogą leśną, sznureczek rozciąga się i Kosy już nie widzę z przodu. Przecinak! Zjazd (zamknięta barierka), mijam asfalt i znowu pod górę, nawet stromo. W połowie postanawiam zrobić siusiu, podczas tej czynności mija mnie paru ludzi w tym Łukasz. Hehe przecinaki za mną jechały.. Znowu ruszam i trzymam się za tą grupą. Wypadam na asfalt do Rumii. Na dole jakieś chłoptasie na makrokeszach zajeżdżają mi drogę. Odwracam uwagę, skręcam źle, po 100m zawracam. Strata niewielka, chociaż widzę że z pięciu ludzi mnie w tym czasie wyprzedziło a nawet widzę jakby satysfakcję na twarzy jednego. Może to ten którego wcześniej musiałem wyminąć dość ryzykownie bo na prośbę nie zjechał... Spoko koleś, takiego jak ty jeszcze dopadnę. Później podjazd, piachy, jakoś sobie radzę. Za mną ciągle piłuje jakiś gość (na ramie napis Ratajczak) któremu straszliwie przerzuca łańcuch na kasecie. Ale się biedak męczy. Gleba Jarka Trasa wychodzi na asfaltówkę do Zbychowa, na skraju wsi na poboczu stoją ludzie, leży rower i jakiś zawodnik bez życia. Groźnie to wygląda. Czyżby Jarek? Nie staję bo już się nim opiekują. Rozbrzmiewają ogłuszająco syreny na remizie. Zaraz potem jest zakręt, paskudny piach na asfalcie. Zwalniam i wchodzę w niego ostrożnie, mimo to wykładam się na ręce i kolano. Na środku zakrętu stoi policja oraz Łukasz, >Ja też tu się wyłożyłem< mówi. >Kto to jest, Jarek?< pytam. Potwierdza. Patrzy w stronę nieżywego Jarka. Odjeżdżam z tego miejsca wśród ciągłego ryku syreny strażackiej (po co to dziadostwo włączyli?). Jest jakoś groźnie, jestem pod wrażeniem wypadku Jarka a kolano mam krwiste. Słyszę jeszcze wycie nadjeżdżającej karetki gdy oddalam się lasem. Trasa wiedzie zboczami wzgórz leśnych, w jednym miejscu schodzi z drogi (jaka by ona nie była) i trzeba się przedzierać przez jakiś zaorany teren sadzenia młodych drzew. Ktoś obok wyjaśnia że trzeba było ominąć teren prywatny. Następuje zjazd, teren znany z imprezy na orienację na wiosnę, i po przecięciu bruku (z 50m szło po nim) podjazd który przy końcu zamienia się w podejście. Mijam się pare razy z gościem na fulu który o dziwo na zjazdach jest powolny. Potem znowu szybko w dół, wyprzedzam go ostatecznie, i wkrótce jesteśmy (ciągle jadę w towarzystwie innych) na skraju lasu w dolinie Redy. Piaskownica na zakręcie zmusza do pokonania paru metrów z buta. Parę kilometrów w miarę poziomą drogą (jadę szybko i ze dwóch wyprzedzam), aż pojawia się drugi bufet. Utęskniony zresztą bo nie zabrałem ze sobą żadnego picia i w tych warunkach już 10km za każdym bufetem odczuwałem pragnienie. Wciągam izostara, żela, wodę, drugą wodę pół litra biorę do kieszeni. Fatalne zgubienie trasy Za bufetem (czy było to przed?) ktoś z obsługi informuje mnie że jestem 46-ty. Myślę ze jest nieźle. Trasa skręca ostro w lewo o czym informują ze 2 kartki ze strzałkami, kilku ludzi tudzież wstążki. No dobrze. Droga wspina się trochę na zbocze, potem skręca łukiem i dochodzi do prostopadłej ścieżki idącej w górę zbocza. Rozglądam się, ZERO jakichkolwiek oznaczeń, ale przede mną cały sznureczek ludzi wspina się w górę. Z buta bo jest stromo. Potem ścieżka gdzieś niknie i staje się jasne że to nie trasa. Nikomu jednak się nie chce tracić zdobytej wysokości, poruszamy się dalej aby dobić do trasy. Potem jest droga którą jedziemy w górę. Jest nas ok. pięciu, w tym Sławek Szymków (Slasz), Rzeka. Rzeka wylicza ile razy się zgubił. Zaczynam mieć poważne wątpliwości, jednak wpadam na pomysł aby przedzierać się wzdłuż zbocza (jechać się nie da). Potem jest dolinka z drogą i znowu przedzieranie. >pedał znalazłem< woła ktoś. Idący z przodu Slasz potwierdza że to jego. Szczęście miał że tamten drugi w gęstych jagodzinach go zauważył. Potem jesteśmy w następnej dolince i jedziemy drogą... w górę. Tam kończy się ona i mamy zewsząd chaszcze a widok na okolicę całkiem imponujący. Mam dość i mówię że zjeżdżam. Reszta podąża za mną. Po chwili jesteśmy już na trasie przy cmentarzu, z mocno pogorszonym morale. Ile czasu straciliśmy? Pewnie ze 20 minut jak nie więcej, nie chcę o tym myśleć. Znowu podjazd w lesie, przede mną ktoś człapie przy rowerze. Aha, Marek Roman ze swoim fulem. >Coś dla ciebie< mówię gdy jesteśmy na szczycie i przed nami zjazd. Potwierdza.Wkrótce jesteśmy przy kapliczce gdzie znowu bym się zgubił jadąc za kimś w koszulce Gianta, ale z góry wołają mnie >Diablo!< a więc tędy. Wołam tego Gianta (Slasz to był chyba) ale już go nie ma. Jakoś wokół mnie robi się pusto, jest stromy zjazd z drogą w poprzek na końcu, którego się nieco obawiałem ale teraz zjechałem go bez problemu na klamkach. Zaczynam jechać coraz wolniej a droga to kilometrami łagodny podjazd po dziurawej gruntówce, słowem czerwony z Wejherowa. No niestety zgubienie się nadszarpnęło mi morale, wyobrażam sobie że jestem gdzieś na końcu. Patrzę na odczyt pulsu, trzyma się poniżej 170, lipa. W pierwszej części trasy było ponad 180 zwykle. Nikogo nie widzę, raz tylko jeden zmienia dętkę a potem drugi z załatwia swoją potrzebę. W ten sposób dojeżdżam do jeziora Wyspowo i widzę zatłoczoną plażę po której idzie czerwony. Przede mną zawodnik, skręca w prawo. Aha, trasa omija plażę i przy okazji ścieżkę techniczną nad jeziorem. >Szkoda< myślę. Gdyby szło między ludźmi na plaży to byłby prawdziwy bikeboard. Na piaszczystej drodze wyprzedzam tego zawodnika i jakby nabieram trochę tempa. Zaczyna mnie suszyć, nie chcę myśleć ile do następnego bufetu a w butelce tylko parę łyków wody. Trasa opuszcza czerwony szlak, uświadamiam sobie że ominie wszystkie jeziora, zresztą inaczej byłaby znacznie dłuższa niż 105km – analizuję spoglądając na licznik. Chyba wychodzę z depresji spowodowanej zgubieniem bo puls osiąga częściej ponad 170. Wjeżdżam do Bieszkowic, i znowu w lewo na czerwony szlak. Miejscowi niemrawo kibicują, jakieś dziecko wykrzykuje >Ja cie lubie!<. Potem dobrze znane piachy przez pola, ujadające psy w samotnym gospodarstwie gdzieś zniknęły i słusznie. Mijanka z traktorem i znowu w las. Połykam resztę wody bo bufet już nie daleko. Leśny zjazd przed Piekiełkiem, barierka tym razem otwarta i powtórka z odcinka brukowego. Jest trochę uciążliwie ale czuję się na nim raczej pewnie. Na bufecie stoi cała grupka: Ania po glebie z rozwalonymi kolanami, Madziak, Aga i Scoot. Wciągam izostara, wodę i odjeżdżam z drugim izostarem w ręku. Nie dopijam go bo zaczynają się masakryczne piachy pod górę. Trzeba pokonać to z buta. Potem był zjazd w jakąś dolinkę i natychmiast podjazd drugą stroną strumyka. >typowy bikeboard< - myślę. Potem trasa prowadzi w kierunku Pustek Cisowskich i dobija do obwodnicy trójmiejskiej. Podjazd wąskim asfaltem wzdłuż niej (wyprzedzam jednego), potem lasem. Jakieś dzieciaki na rowerach straszą >jeszcze cały kawał pod górę< ale to nie prawda bo za chwilę jesteśmy przed Chwarznem. Zaczynam żałować że nie zabrałem żadnej wody ze sobą. Jadę z ok. trzema ludźmi, w tym dwóch przede mną w koszulkach ”protrans”. Za obwodnicą ścieżka w lesie, potem przed sobą widzę Zbycha Bikeridera z kimś jeszcze. Na drodze na skraju Chwarzna wyprzedzam ich ale czują się chyba w swoich ambicjach dotknięci bo ów Zbychu woła >Marek nie rób nam tego< czy jakoś tak.. Tną szybko i powolutku uciekają mi. Trasa prowadzi pod wiaduktem z piaskownicą, potem wzdłuż torów do strumyka gdzie tym razem nie ma żywej duszy. Przecinam go sprawnie i mozolę się pod górę, aż w końcu wyjeżdżam na pola. Zbycha z tym drugim widzę ze 100m przed sobą. Przecinam Wielkopolską, tym razem policji nie ma i trzeba lawirować w gąszczu powoli jadących samochodów (zabawne). Stopować usiłują tylko chłopaki z obsługi. Podjazd po asfalcie, kręcę szybko ale tylko dlatego bo wiem że zaraz będzie dłuższy fajny leśny zjazd. W miejscu gdzie stała grupka fotografów również pusto. Jeszcze parę kilometrów przed metą jakiś patol spod koła wbija mie się w łydkę, potem jestem na bruku gdzie był start ale wielkiego „kondona” nie widać, zniknął. Więc jadę dalej i pytam >Gdzie ta meta?<. >Uuu daleko< odpowiada jakaś dziewczyna. Nienadzwyczajnie mnie to raduje, czyżby jeszcze szło po torze? Aha, jest meta na piaszczystym placu. Sporadyczne oklaski, słyszę że mam sie udać w kierunku bufetu. >Już się robi< odpowiadam bo wysuszony jestem nieźle. Na ławce siedzi Peter obolały w bandażach, wyglebił się na bruku a i tak był przede mną. Są też z gatunku niestartujących Aga, Madziak, Scoot. No i potłuczona Anka. Z pogotowia pojawia się Jarek z umęczoną miną który jednak złamania nie miał, jest Kosa zadowolony. Na metę wjeżdża Marek Roman, Rzeka. Na stole leży sterta >Bikebardów<. Biorę jeden i słyszę >A pieniążki?< Odkładam. No cóż, przyzwyczajenie z innych podobnych imprez gdzie rozdają coś takiego za darmo. No dobra, chce mi się już iść do samochodu, zdejmuję śmierdzącą opaskę pulsomierza. Zaraz pojedziemy do Madziaka na grila. Pewnie to mój ostatni bikeboard do czasu aż nie nauczą się do końca porządnie i konsekwentnie oznaczać trasy. Normalne że miejscowi jak widzą takie dziwne/śmieszne na różny sposób porozwieszane wstążki nie czują respektu i robią sobie zabawę ze zdejmowania ich. A szkoda bo trasa tego maratonu była chyba najlepsza jaką dało się zrobić na Pomorzu. Po zamknięciu oczu jeszcze widzę prześwietlone słońcem lasy... diablo Moje dane z licznika: dystans 103,37km czas jazdy 5:39h prędkość śr. 18,27 czas puls 5:55h średni puls 167
|